Och, marrrau! - chciałoby się dodać. Mają mnie całą, od kopytek po czułki, które wprawiają swoim rozchełstanym brzmieniem w drżenie rozkoszy. Poniekąd pozostając w klimatach alternatywnych i poniekąd dochowując (tym razem) wierności jedynej właściwej muzyce \m/, słucham: Primus "Green Naugahyde".
Oh, I like it, I really, really like it. Ich wymowność i mroczną ironię, ich plaskające brzmienie, które - ku konsternacji najbliższego otoczenia - udziela mi się w mowie (usiłuję naśladować paszczą).
Primus to dla mnie takie mroczne muppety po apokalipsie z przesycenia, przetwarzające odpadki kolorowej komercyjnej hiper-hop-pop-kultury. Napisałam, że poniekąd-alternatywny-poniekąd-metal, a tak naprawdę to mieszanina różnistych wpływów, tworząca zupełnie nowy, prześmiewczy w wymowie bigos. Bigos popijany zupą z kraba - bo w ich twórczości są zarówno motywy kulinarne (choćby nazwy płyt "Frizzle Fry", "Pork Soda"), jak marynistyczne (morskie opowieści typu "Last Salmon"), kulinarno-marynistyczne (płyta "Sailing the Seas of Cheese") a także zoologiczne: łososie, wiewiórcze oczy, i, co najważniejsze, za dużo szczeniaczków!
W dodatku to wszystko jest ogarniete, spięte i porządnie załomotane. Nie ma fuszerki. To po prostu jest dobre. Tak bardzo, że wsiąkłam w Primusa całą dyskografię, a 2 płyty to była minimalna dawka fikuśności, którą musiałam przyjąć dziennie w czasach sprzed zapłonu ucha, który bezlitośnie przerwał przyrost psychofanii. Co nie zmienia faktu, że to jest dobre. Buaum, buaum-uaum...
Wspomnę jeszcze, że pod
znakiem zapytania staje teraz moje "noworoczne" postanowienie słuchania jednej
nowej płyty tygodniowo. Dlatego, że tydzień u mnie ma od 4 do 9
dni i w ogóle straciłam rachubę ile ich było. Dlatego, że właściwie to słuchałam paru nowych płyt w ciągu tygodnia - jedna to mało. A przede wszystkim dlatego, że
zaczynam słuchać muzyki już nie płytami, ale, o zgrozo, dyskografiami (Primus nie są jedyni). To chyba naturalny etap ewolucji w osłuchaniu.
Pisać, oczywiście, będę dalej. Zobaczymy co za stwór ze mnie wyewoluuje w przyszłości. Kto wie, może w końcu zacznę słuchać Capelli Cracoviensis...?
Nie jest nowością, że robię różne rzeczy, żeby "od-zwyczajnić zwyczajność" i doznawać dzięki temu pełniej, żywiej, inaczej. Naciągam sobie uszy rojeniami, discołojeniami i Japończykami, odżegnuję się od Kanonu mojego hard rock state of mind i w ogóle heretyczką jestem, i to z własnej woli. Ale tym razem doznałam Przejmującego niezależnie od tego, czy go chciałam, czy nie.
Czym jest Przejmujące? To jest coś niesamowitego, ale zarazem bliskiego, co złamie codzienność i wymusi inne, świeże spojrzenie na świat. Pisałam o tym tutaj i, o zgrozo, spotkało mnie to. Moje Przejmujące: nadwrażliwość na dźwięki. Okazało się być bardziej możliwe, niż przypuszczałam, bo niby dlaczego nagle obcowanie z jakimkolwiek dźwiękiem miałoby mi, słuchającemu stworowi, sprawiać ból?
Ano wystarczyło zapalenie ucha.
No dobrze, ale nie ma katastrofy. Przetrwałam to i z nadzieją, że nie przepaliło mi się tam nic, żaden bębenek mi się nie rozstroił, powoli będę powracała do słuchających. A powrót swój zapowiem kolejnym słuchołamaczem od życzliwego polecacza. Ostrzegam też, że to będzie z cyklu "nie wiem, więc się wypowiem", ale czuję się bezkarna, bom chora. Jakiś czsa temu zapoznałam się z zespołem BOKKA. ]:->
Parafrazując niebieskoskórego klasyka: O, jak ja nieznoszę tych indie-alternatywnych marud!
Do końca życia mogłabym słuchać samego American Head Charge, ale przez ten mój wymysł od-zwyczajniania czuję potrzebę zapoznawania się z różnymi dziwactwami. A współczesna polska muzyka alternatywna jest wyrazem jakiejś obcej, rozpowszechniającej się umysłowości, od której wciąż się odbijam, jak w przypadku pana R.
Z jednej strony mam paradoksalne poczucie, że to, co niszowe i niezależne staje się popularne i powszechne, niebezpiecznie zbliżając się do pani Komerchy. Z drugiej strony niezrozumiałość tego rozsadza mi umysł obrazami, wrażeniami - co lubię - i jest jakoś... bliskie i, o jej, ładne. Taki właśnie jest utwór audiowizualny "Town of Strangers".
Roztkliwiłam się, kiedy obejrzałam go pierwszy raz. Poczułam się, jakbym czytała "Dolinę Issy" Miłosza albo jakoś tak. To nie jest moja ulubiona łupanka, to działa na zupełnie inne receptory: bardziej na te intelektualne niż proste i pierwotne typu "die motherfucker, die".
To jest dobry kawałek. I mogę go słuchać nawet teraz, bo nie rani mego ucha. Płyta, niestety, cała jest taka. Miałam nadzieję na większą różnorodność, więcej eksperymentu, a tu ciągle to samo wokalne rozwiązanie... Może i dobrze, można się przesycić tą podniosłością. Płyty słuchałam w podróży, przez co czułam się jak we własnym "Into the Wild": że niby kilka godzin telepania się dusznym busem to coś szczególnego, tak mi wszystko wypiękniało. No i nie miałam ochoty nikogo uderzyć.
Ogólnie rzecz biorą, miłe to, przyjemne, takie w sam raz na bolące ucho i niedobór intelektualnych wrażeń, na które cierpi dogorywający w łóżku człowiek. Ale niech mi już przejdzie, bo mam takie fajne rzeczy do przesłuchania...! Muzykografia: BOKKA "BOKKA", 2013
Nie sądziłam, że może mnie spotkać coś bardziej wysadzającego umysł niż Rojek. A jednak, granice poznania zostały boleśnie przesunięte. W zeszłym tygodniu zderzyłam się z Braćmi Figo Fagot. Taka byłam odważna, że poleciałam od razu drugą, bardziej dosadną płytę: "Eleganckie chłopaki".
Nie powiem, żeby ta płyta grała u mnie non stop, bo się nie dało, no nie dało się. Żeby tego słuchać, trzeba porządnie przekroczyć bramę codziennej percepcji. Zrobić to można tylko w odpowiednich okolicznościach przyrody: na imprezie, i to w jej mocno zaawansowanym stadium.Zlecenie mi słuchania tej muzyki na trzeźwo, to był zamach na moje zdrowie psychiczne!
Ale ok, co to jest? Bracia Figo Fagot tworzą wulgarny pastisz disco, jak to sami nazywają discochłostę i alkopolo. Gorszą, bulwersują, prowokują... dlaczego? Bo mogą. Taka to mało wysublimowana ftuka. Kluczem do ich twórczości jest to, co w muzyce najlepsze: koncert. Bo o to w tym chodzi: o przedstawienie, o karnawał, wyśmiewanie, wykrzywianie rzeczywistości, o płytką seksualność, pijaństwo i zabawę. Ich ordynarność i prostactwo nie służą żadnej ideologii, nie mają na celu rozpowszechniania jakiegoś światopoglądu, po prostu nie są na serio.
Kiedyś mieliśmy piękną tradycję karnawału. Był to czas obowiązujący wszystkich, niezależnie od zawodu, klasy, wyznania, płci i wieku. Czas, w którym role społeczne się mieszały, odwracały: żebrak mógł być królem, ksiądz - ladacznicą. Czas, w którym dawało się upust wszystkim swoim żądzom, w którym grała muzyka i wszystko to, co tłumione, ukrywane, wypełzało na światło dzienne i stawało na piedestale. Czas, którym rządziły drwina, pastisz, błazenada, śmiech. To, że on ją upija, żeby poszła z nim do WC? Śmiech. Że ona do Cygana uciekła? Śmiech. To, że on gada ze swoim woreczkiem mosznowym, kiedy mu się nudzi? Śmiech.
Najzabawniejsze i najsmutniejsze zarazem jest w tym to, że niektórzy biorą to na poważnie, czują się obrażeni i w dodatku pozwy piszą. Drodzy państwo, takie jest prawo karnawału, że będzie drwił nawet jak się go postawi na szafocie i zaciśnie pętlę wokół szyi. To karnawał! Czego się nie dotknie, to zamienia w farsę. Ośmiesza wszystko, łącznie z tymi, którzy biorą go na serio.
Teraz nie ma społecznie zaakceptowanego, ogólnoświatowego karnawału, w którym wszyscy by wyszli na ulicę i wariowali, żeby potem pogrążyć się w poście. To się rozmyło, wygasło, ale myślę, że wciąż jest potrzeba kultywowania karnawału i stąd się biorą Bracia Figo Fagot i wszystkie tego typu twory. Zostawmy więc im ich miejsce i czas, najlepiej po dwóch supportach i paru piwach, a i Cygan będzie się bawił, i kobieta zatańczy.
A ja doliczam sobie +25% do wytrzymałości psychicznej.I chyba do masochizmu...
Lekko prowokacynie poruszyłam kiedyś temat związku płci z preferencjami muzycznymi. Po ostatnim tygodniu zaczynam dochodzić do wniosku, że na dobór muzyki wpływ może mieć też pogoda.
Miało być tak: 11/52 "God is an Automaton" Sybreed z apokaliptycznego roku 2012. Po względem ideologii spodobał mi się tytuł płyty, spodobał mi się tytuł pierwszego kawałka "Posthuman Manifesto" i już myślałam, że zostanę na tydzień cyborgiem, ale... po pierwsze: to nie do końca to. Chcę takiej muzyki, ale na początek lepsze byłoby coś sztandarowego, typowego, a to nie brzmi pierwszoligowo.
Po drugie: nastąpiło załamanie pogodowe i... wpadłam w progresy. Dopadło mnie w czwartek. Niskie ciśnienie i natchniony nastrój poprowadził mnie od Archive aż do 12/52: "In Absentia" Porcupine Tree. Poczułam, jakbym doznała jakieś iluminacji. Wchodziło lekko, nie mogłam się nasycić, słuchałam na okrągło, tych smętów, tych nudów, marudów... Płyto, gdzieś ty była w te wszystkie burzowe dnie mego życia?
Weźmy "Trains", singielek i chyba najpopularniejszy ich kawałek. Delikatny, łagodny i rozmemłany jak piąta nad ranem. Przed zapadnięciem w sen chroni człowieka jedynie szkielet z gitary, co prawda akustycznej, ale cóż. Pan śpiewa aksamitnie, czyli zupełnie niedopuszczalnie, ale cóż. Doznałam obsesji, a z tym się nie dyskutuje. I'm dying of love, it's ok.
Na płycie czasem coś zabrzmi mocniej, podtrzymując ofiarę przy życiu, jak w "Blackest Eyes". Miałam refleksję, że wszystko zależy od kontekstu: kiedy mamy spokojne, melodyjne podłoże z takim godnym potępienia wokalem to nawet lżejsza gitarka elektryczna brzmi konkretnie. No ale to nie tylko melodyjność, bo są kawałki, które mogłyby spokonie pretendować do wagi... hmm... lekkopółśredniej. Na przykład gęste "The Creator Has a Mastertape", czy ornamentowe "Wedding Nails". Podoba mi się też "Strip The Soul": przejawia się w nim kontrast aksamitność - pokiereszowanie. Wolę pokiereszowanie, więc wpajam w siebie aksamitność, żeby mnie mocniej uderzyło, jak już nastanie.
"In Absentia" to płyta dla mnie przyswajalna w całym najlepszym tego słowa znaczeniu. Nie wiem, czy jest kamień poruszajacy progresywną lawinę, czy, kto wie, może nawet Magmę, ale na pewno było to coś dobrego na potrzebę wczuwy w deszczowe dni. Słuchałam jej intensywnie, aż do skrajnego rozrzedzenia krewi, dlatego z błogością zażyję czegoś gęstego, ciężkiego i żelaznego...
Mam nadzieję, że szybko dojdę do siebie, bo dzisiaj już wtorek.
Muzykografia: album "God is an Automaton" Sybreed, 2012 r. album "In Absentia" Porcupine Tree 2002 r.
Przeszliśmy wszystkie etapy zaangażowania. Przetrwałam rozstania, nowe związki, powroty, ale pozostałam (względnie) wierna. To nie zdarza się z pierwszym lepszym zespołem.
Zauroczenie od pierwszego zasłyszenia ("Halo"), okazjonalne spotkania na zatłoczonych, rozrywkowych playlistach, nieśmiałe deklaracje (przesłucham "Throttle Junkies"), głębsze poznanie (cała dyskografia i historia zespołu), coraz poważniejsze zaangażowanie (Ryan ma profil na fb!), porwania wizualnej namiętności (screanshot z teledysku "Redefine" na pulpicie)... Dotarłam nawet do garażowych epek i byłam w stanie ich słuchać. Kiedyś.
W tym tygodniu słuchałam ostatniej płyty Soil: 10/52 "Whole". Nie wiem dlaczego dopiero teraz, płyta wyszła w zeszłym roku. Przesłuchując ją po raz pierwszy, nie wiedziałam też, co ja takiego widziałam w tym zespole. Płaski, komercyjny, amerykański rock. Pioseneczki o miłości, czy czymśtam, wszystko takie samo. Po progresywnych eksperymentach konstrukcja utworów wydała mi się po prostu nudna... A przecież to dzięki nim odkryłam w sobie pokłady psychofanii! Czyżby jednak zardzewiało?
Płyta to po prostu... ryanowe Soil. Zespół zmieniał się w zależności od wokalisty, bo w tego typu muzyce wokalista jest jak etykietka. Widać to na przykładzie Drowning Pool. (Legendarne DP było ze Stagem, drugie z Ryanem, a resztę bojkotuję.) Kiedy Ryan odszedł od Soil, przestało to być TO Soil. Kiedy wrócił, powróciło, ale bez fajerwerków. Nie stworzyli kolejnego "Halo", nie stopili serca mego lodu, niestety, gładko wpasowywali się w tło dnia.
Moją uwagę szczególnie przyciągał tylko jeden kawałek: "Amalgamation"
i to nie tylko ze względu na to, że lubię amalgamaty. Słuchając go, reagowałam jak pies Pawłowa: jeden za drugim padają tam nazwy kawałków,
które znam tak dobrze, że aż się we mnie coś podrywa. Przez to nie mogę go spokojnie posłuchać, za dużo tego dobrego, przełączam.
Reszta raczej mnie nie porwała, jednak po tygodniu słuchania domyślam się, co takiego widziałam i słyszałam w Soil i, co ważniejsze, po co mi to było.
Po pierwsze: lubię takie wokale, jak ma McCombs. To właśnie jest zdarte, pocharatane i głębokie przeciwieństwo rojkowatości. Po drugie: konstrukcja utworu jest rdzenną konstrukcją mojej kompetencji muzycznej. W swojej konwencjonalności, utrwaleniu i prostocie jest jak pieść ludowa. Daje podstawę, na której można później żerować, nawiązywać, przekręcać, buntować się i grać gitarę elektryczną na wiolonczeli jak w różnych progach i postach.
Do tego, po co mi była taka muzyka, doszłam czytając wpis o psychofanii. Wówczas myślałam hermeneutykami, ambiwalencjami i symulakrami, było to dla mnie na porządku dziennym. Nic dziwnego, że gdzieś ludź musiał odreagować. A Soil jest jak Ryan: lubi wypić, zapalić i jeść bekon w każdej możliwej postaci, nawet w czekoladzie. Nie ma kosmicznych rozkmin, tylko takie zwyczajne: kocha, wkurza się, tęskni. Powiedzieć by można: równowaga/homeostaza w mojej głowie została dzięki temu zachowana.
"Whole" dorzucę sobie do playlisty Soil-DP i jak mnie najdzie ochota na sentymenty, to posłucham. Niepokoi mnie tylko ten mój wniosek. Czy skoro teraz wchodzi mi Rishloo i nie ziewam na myśl o Riverside, to znaczy, że zgłupiałam...?
Deszcz, niskie ciśnienie, ja grzęznąca w dniach... Podobno obudzenie lunatyka przynosi pecha. Tym bardziej do gustu przypadł mi pomysł, żeby ostatecznie się pozamulać. Przez tydzień słuchałam więc rocka progresywnego.
Okoliczności pogodowe, życiowe, czy cholera wie jakie jeszcze, sprawiły, że utraciłam na jakiś czas gust. Serio. Długo nie mogłam się zdecydować na jedną, konkretną płytę i to nie dlatego, że tak mi się wszystko podobało, ale dlatego, że ani mi się podobało, ani się nie podobało.
Miesiąc temu, rozentuzjazmowana odkrywaniem nowej muzyki, wygrzebałam płytę "Feathergun" Rishloo z 2009 r. Chciałam jej poświecić tydzień mojego życia, głównie dlatego, że ma fajną okładkę, ale zanim nastała jej kolej, zaczęłam jej podsłuchiwać. No i tak się stało, że po kryjomu od miesiąca do niej wracam. "Feathergun" przestała spełniać kryterium płyty, której nie znam. Wdarła się niepostrzeżenie do kategorii "moja muzyka", więc nie będę o niej pisać. (Poza tym zespół pochodzi z Seattle.)
Założyłam, że posłucham czegoś nieoczywistego, mało medialnego. Najlepiej z jakiegoś Kuwejtu, Azerbejdżanu albo innej Rumunii, żeby nie było, że znów United States. Na niewiele się to zakładanie zdało: znane zespoły progresywne niekonieczne są amerykańskie, a z dostępnością "lokalnych" specjałów różnie bywa... Zaczełam przeszukiwać muzykę trochę w ciemno. Przesłuchałam fragmenty kilku(nastu) płyt różnych zespołów określanych jako mniej lub bardziej progresywne, z domieszkami różnych dziwactw takich jak doom, death metal, neoclassic, metalcore, gothic itd. Spodziewałam się, że w pewnym momencie usłyszę, że to jest właśnie TO, co mi się zdarza w przypadku amerykańskich rocków, ale... hmm... no nie. Nie tym razem.
To był kompletny impas. Czułam się jakbym miała wybrać wędkę w samoobsługowym sklepie dla wędkarzy. A o wędkach wiem tyle, że to służący do łowienia ryb kawałek kija z żyłką i haczykiem. Po prostu nie chwytam tych subtelności, które przecież są, różnicują, tworzą jakość... Niby chciałam czegoś innego, ale, podobnie jak w przypadku Dir En Grey, co z tego, jak nie jestem w stanie określić jakości, bo wszystko jest tam takie samo: obce.
W końcu stanęło na "Communication Lost" Wolverine. Okładka jest taka uo, ale w głosie wokalisty zamajaczyła mi głeboka nuta, jak u Nicka Cave'a; coś mi przywiodło na myśl moją ulubioną płytę Paradise Lost... Niestety, po paru odsłuchaniach stwierdziłam, że musiałam mieć halucynacje. Ani Cave'a, ani mrocznego mistycyzmu, ani czegokolwiek, co bym zapamiętała. Wolverine spłynęło po mnie jak po kaczce. Po pierwszych paru dźwiękach zapadałam w letarg i budziłam się wraz z ostatnimi dźwiękami po to, żeby włączyć Rishloo albo cokolwiek innego.
Nie wiem, czy to kwestia przesytu nieznanym, działania frontów atmosferycznych, tymczasowych zaburzeń osobowości, układu gwiazd na niebie, czy po prostu tej muzyki. Czuję, że w tym tygodniu nie zrobiłam żadnych postępów. Ale moje męki z samą sobą też są jakąś nauką i jak się w końcu obudzę, podzielę się refleksją na temat umysłowości słuchacza, która narodziła się pod natchnieniem tego rozmemłania progresywnego.
W tym zniekształconym przez patriotyczne orgie i inne szaleństwa tygodniu słuchałam muzyki japońskiej. Jako kogoś, kto mieszka w amerykańskiej muzyce rockowej, ale ma chęć zapuszczać uszy w nie swoje rejony, spodziewałam się szoku, mroku, dekonstrukcji i zetknięcia z Obcym. Udało się?
Tym razem moim kierunkowskazem był blog stworzony do tej roli: jeszcze tego nie słyszałeś. Wylosowałam sobie płytkę, rozentuzjazmowałam się i rozpoczęłam nasłuch. Numerek 7/52 to "Uroboros" Dir En Grey z 2008 r.
Ten Obcy
Punktem wyjścia rozkmin stał się dla mnie język, bo to on najbardziej przyciągnął moją uwagę. Być może to trochę z powodu odkrywania Ameryki, a właściwie Polski w puszcze przy okazji Rojka, a być może dlatego, że sama mam język i go lubię. W każdym razie chciałam, żeby to było coś innego, coś egzotycznego, a że panowie z Dir En Grey tworzą w języku OBCYM, stało się to wystarczającym powodem do uznania ich za przykład Obcego - tego, co tajemnicze, inne, znane tylko z legend i podań starych Indian...
...albo z anime. Bo tak się składa, że jedynym źródełkiem dostarczającym wyobrażenia na temat muzyki japońskiej mojemu egoistycznemu Swojemu, były te kolorowe, przerysowane bajeczki. Muzyka w nich była raczej mało przyswajalna, bo o czymś oni tam opowiadali, ale kto by to zrozumiał? Wokalista Dir En Grey śpiewa tak samo, jak do anime. Nie tylko tak, ale od tego skojarzenia nie dało się od tego uciec. Smutne jest jednak to, że na tym obcość się skończyła.
Swój ci on
Wokal w Dir En Grey to nie tylkoanimowe pioseneczki. Rozciąga się on przez trochę transujące wokalizowanie i skrim do znanego nam chroboczącego ryku. Dir En Grey mają w sobie coś w obłędu SOADowego, w wydaniu mrocznym, takim z rodzaju pure evil. Mówiąc po swojskiemu - znów skojarzenie z trudną artykulacją obcego języka - trochę jak z trzewi Cthulhu. Mają trochę instrumentalnego mistycyzmu od mandoliny i pewnie biwy. Po tytule płyty można się spodziewać jakiejś mitologicznej otoczki, ale jest ona mało czytelna. Ja miałam skojarzenia raczej z domem wariatów klimatem z Death Note.
W gruncie rzeczy Dir En Grey gada w międzynarodowym języku rocka. Na "Uroborosie" muzyka jest znajoma, taka letnia-letnia-w-sam-raz z lekkim powiewem animowości. Na ucho rzuciło mi się trochę to:
Nęciło mnie to, co budowane piszczeniem i ryczeniem, ale... hmm... no nie podbili mojego serca. Dir En Grey spowodowali jednak, że powróciły do mnie moje zastanawianki rodem ze strefy rockendrola wolnej od angola. Wniosek mam taki, że rock to język międzynarodowy, więc prawdziwej Obcości należałoby szukać poza nim i nawet poza pobliskimi hiphopami i innymi popami.
Za to właśnie: dzięki.
P.S: Pozwoliłam sobie tak pocudować, bo rzetelnie i po ludzku o tej płycie jest na blogu-źródełku.
Tydzień temu wyszłam od nielubienia, by połamać sobie głowę i zakończyć nielubieniem. Nie zniechęciło to następnego polecacza do zadania mi płyty: 6/52 "Youth & Young Manhood" Kings of Leon z 2003 r. Moja idea tygodnia słuchania opiera się na tym, że wrażenia zmieniają się w czasie. Najpierw przełamuje się barierę obcości, bo nic co obce nie jest lubiane. Z każdym odsłuchaniem pierwsze niejasne odczucia się krystalizują, a czasami zupełnie przekształcają: odrzucenie w zainteresowanie, nieufność w zachwyt, a zachwyt w znudzenie. Nie poradziłam sobie z tym ostatnio, Rojek rozsadził mi system, za dużo sprzecznych uczuć wobec niego miałam. Za to w tym tygodniu odczuć miałam za mało.
Już za pierwszym razem wyłowiłam 3 kawałki: "Red Morning Light", "Wasted Time" i "Trani". Takie fajne, do niezobowiązującego pokicania, kiedy się je usłyszy w radio. I tyle. Nic więcej. Pierwsze wrażenia, przewrotne skojarzenia wyblakły tak bardzo, że nie jestem w stanie ich przywołać. Pomyślałam, że Kings of Leon musiało się wydarzyć, bo takie były warunki. To jest naturalna konsekwencja rock'n'rolla, bleusa, jazzu, rocka, amerykańskości i młodzieżowości nowego tysiąclecia. Biorąc pod uwagę ich popularność, pewnie ta muzyka oddaje jakąś współczesną umysłowość, ale dla mnie jest przeźroczysta. Nic nowego mi nie mówi. Piszę to z lekkim niepokojem, bo znudziłam się, a nie jest to muzyka do nudzenia słuchacza. A weźmy takie Riverside, co grało dzisiaj w Trójce setny koncert promujący ich ostanią płytę: "Shrine of New Generation Slaves".
Riverside dopiero zamula. Brzdękanie przez większość kawałka, nie ma tam jedynej właściwej struktury: zwrotka, refren, zwrotka, refren, solówka, refren. Konstrukcje mają jakieś misterne, tu szybciej, tu jakimiś gitarochami zajeżdżają, a zaraz jakimś organem Hammonda... To tak jakby nie było w filmie akcji, żadnej kobiety do uratowania, żadnego strzelania i wybuchów tylko pejzaże same. Kto by to oglądał?
Takie kiedyś miałam wrażenie. Rzeczywiście, Riverside ma się do popularnej muzyki tak jak "Obietnica zemsty" do "Snów" Akiry Kurosawy. Tego drugiego nie puszczą w święta w TVNie, bo nie każdemu się chce rozumieć, ale do mnie przemówiło. Tak jak Riverside. Bo przekroczyłam granicę osłuchania barbarzyńcy żyjącego amerykańskim, komerycjnym rockiem, moje pierwsze odczucie odrzucenia przepoczwarzyło się i jeśli napiszę słowo złego w odniesieniu do Riverside to ... to z sympatii. Jak Nosowska, która upokarza go, żeby go bardziej kochać.
Niestety, Kings of Leon nie zaskoczyło mi, ale wrażenia zmieniają się w czasie. Może jeszcze kiedyś do mnie ta youth-manhood muzyka przemówi? Albo Riverside przestanie przemawiać...? Muzykografia: album "Youth & Young Manhood" Kings of Leon, 2003 r. album "Shrine of New Generation Slaves" Riverside, 2013 r.
Park to dobre miejsce na spotkanie. Po deszczu, o zmierzchu, jest szaro i rysunkowo. Jak w komiksie z gatunku noir. Pelikany już odleciały, a ja siedzę na ławce i czekam. Widzę, jak skrada się do mnie mężczyzna w długim, szarym płaszczu. Zbliża się, a spomiędzy postawionych kołnierzy wydobywa się delikatny, konspiracyjny szept: „przypominasz mi... przypominasz mi...”. Na puentę czekam cierpliwie przez 2 min. i 44 s. Wreszcie kończy: „...ćmę” i oddala się.
Tak wyobrażam sobie dreszczowcowy utwór „Kokon” z 5. z 52 płyt: „Składam się z samych powtórzeń” Artura Rojka. Sama do końca w to nie wierzę, ale byłam uczciwa i przez tydzień, jedząc, pijąc, prasując i idąc do warzywniaka po ogórka małosolnego, słuchałam muzyki, na którą reaguję jak diabeł na święconą wodę. Zacznę więc od krótkiego wyjaśnienia...
Dlaczego nie lubię Artura Rojka?
Jego delikatny, cieniutki wokal jest kwintesencją tego, co doprowadza mnie do szału w śpiewie. Maniera naiwności i szeleszczenie polskimi głoskami jakby to były sreberka po cukiereczkach budzą we mnie berserkera-satanistę, który domaga się chłopięcej krwi i tylko chrypienie, ryki i tłuczenie ciężkimi gitarami po głowie go może uspokoić.
Na nazwę rojkowego zespołu od zawsze reagowałam alergicznie. Od jego twórczości odrzucały mnie dwie rzeczy: ideologiczność i polecacze. Złośliwcy mogą mi wytykać przewrotność a nawet obłudę, bo co, sama szukam ideologii w muzyce i sama mówię o sobie „psychofanka”, więc dlaczego mi to przeszkadza?
Powody mojej niechęci są czysto egoistyczne. Ideologiczności nie trawię, gdy nie jest to moja ideologia. (Dotyczy to również ideologii, która była moja, ale już nie jest, czego przykładem jest Sweet Noise.) U Rojka ideologia smakuje mi manipulacją poczuciem wspólnotowości. Jego przekaz za czasów Myslovitz ujęłabym tak: „jestem taki wrażliwy, samotny i wyjątkowy i to jest coś TRÓ (i tu przewrażliwione, wyalienowane duszyczki czują, że one by chciały też być wyjątkowe i TRÓ), a ty nie musisz się starać, bo jesteś przecież jak ja”. Podane tym rojkowym głosikiem od razu aktywizuje mi system odpornościowy bardziej niż kocia sierść, roztocza i pszenica razem wzięte. W życiu nie sięgnęłabym więc po jego solową płytę!
Dlaczego wysłuchałam?
O ironio, ze względu na polecacza. Myślałam, że to przewrotne, acz naturalne dla ludzkiego organizmu obrzydzenie spowodowane poleceniem można zreutralizować tylko osiągając nirwanę... ale, jak się okazuje, wystarczy pojechać po ambicji (jesteś taka inteligentna i otwarta, itd., że co to dla ciebie jakiśtam Rojek!) i wszystko jest możliwe. Dlatego mój tydzień uRojeń i wszystkie poniższe przemyślenia, refleksje, opinie są dedykowane Tobie, polecaczu.
Do płyty przystąp, czyli historia zmagań z Rojkiem
Teksty
Wokal Rojka drażnił mnie od początku. Ratunkiem byłoby, gdybym potraktowała go jako instrument, co na ogół jest możliwe... ale nie tym razem. Po prostu nie mogłam nie słuchać tekstu.Rojek śpiewa bowiem po polsku, a dla kogoś, kto od miesiąca wlewa w siebie amerykański, brzmiało to wręcz egzotycznie. Nie wiem zresztą, czy należy nie słuchać tekstu w przypadku takiej muzyki. Niby wieloznaczne, tajemnicze i wymagające Poważnej Zadumy, mozaiki przewrotnych "błyskotliwostek" wyrwanych ze strumienia świadomości i okrytych aurą poezji... Ale czy to jest poezja? Czy udziwnianie rzeczy banalnych? A może raczej popowa proza śpiewana z gatunku realizmu magicznego?
Beksa
Słucham czasami radia. Zazwyczaj jest to Trójka. Nie jest to miejsce, które zapewnia spokój berserkerowi-sataniście, jest się narażonym na różne inne dźwięki, więc wcześniej już poznałam singiel „Beksa” z tym przenikliwym, długim wypikaniem wulgaryzmu brzmiącego w ustach Rojka niestosownie jak w ustach herubinka.
Zdążyłam też intelektualnie przetrawić ten utwór stosując niezbyt wyszukany klucz poetycki, czego wynikiem jest interpretacja: „Beksa” jest o transwestycie. A właściwie o peerelowskim pedale z „Lubiewa”.
Beksą po huligańsku przezywa się chłopca o rozchwianej, dziewczęcej wrażliwości, który nie pasuje do grupy swoich rówieśników, bo nie gra z nimi w piłkę i w ogóle jest jakiś inny. Cień wokół powiek to jak cień do powiek, brokat nakładany na twarz i (trochę po freudowsku) zawiedzione nadzieje matki to o jego kobiecej stronie. Fragment „mógłbyś zapamiętać mnie innego” wskazuje na przemianę, a „nie rozmawiam z nikim, z nikim się nie dzielę” to reakcja na odrzucenie: odizolowanie się od społeczeństwa.
Wokal Rojka jest tu wprost idealny: śpiewa mężczyzna, ale tak delikatnie jak po kobiecemu. Dziecięce chóry to jak pokłady traumy z dzieciństwa, która leży u podłoża ukobiecenia się. Warstwa muzyczna przywodzi mi na myśl sen podstarzałego ciecia o tym, że w świetle księżyca spaceruje po dachu magazynu w sukni z krynoliną.
Nie wiem, czy taka interpretacja ratuje tu cokolwiek. Mi trochę ulżyła w bólu, bo nadała temu jakiś sens, ale to wszystko dzięki Witkowskiemu.
Niestety istnieje do tego teledysk...
Reszta
...czyli jeszcze o tekstach. Interpretacja "Beksy" ułaskawia tylko "Beksę" i to tylko, gdy uda się, że teledysk jednak nie istnieje. Reszta narzuca się, wyłazi, drąży umysł i wnerwia. No nie da się tego słuchać do obierania ziemniaków albo nucić wycierając podłogę, bo człowiek się zaczyna zastanawiać, o co chodzi? Mimo że twórczość Rojka jest dla mnie tak ciężkostrawna, byłam rzetelnie uparta i słuchając płyty przez tydzień w kółko, po swojemu porozszyfrowywałam kawałek po kawałku i żadnej poezji więcej tam nie znalazłam niż: „Lato 76” - kiedyś mogłem zginąć, „Krótkie momenty skupienia” - jestem sparaliżowany, „Kot i Pelikan” - mam rozkminy egzystencjalne, a Franek uczy się jeździć na rowerze (BTW: przy słowach "mimochodem czuję" natrętnie powracająca myśl, gdzie w ciele człowieka jest „mimochód”?), itd.
Te teksty męczyły mnie, bo pan coś do mnie mówił w moim ojczystym języku, a zrozumienie tego przynosiło mniej satysfakcji niż spodziewałabym się po wysiłku, jaki musiałam w nie włożyć. Z nudów doznawałam różnych wglądów i wizji, różne obrazy i postmodernistycznie ironiczne historie mnie nękały przez cały tydzień. Jak ta o Rojku w parku.
Muzyka
Przy niektórych kawałkach notowałam sobie, że ładne, gdyby nie słuchać tekstu. Na przykład "Kokon" i, o zgrozo, "Czas który pozostał" (o desperackim pragnieniu bliskości, uch, och i chlip, „nawet jeśli to nie to"). Kompozycje na „Składam się z samych powtórzeń” (o co mu chodzi z tym tytułem? kolejna pułapka na myśli!) kojarzą mi się z nowoczesnymi, przeszklonymi wnętrzami, industrialno-stylowymi, których betonowa szarość przełamywana jest kolorowym, obłym plastikiem i poduszkami w poszewkach z Ikei. Siedzi się w tych poduszkach, poprawia się na nosie okulary w grubych oprawkach i popija yerbatę albo inne czamba-łamba. Jest tam tak przytulnie i refleksyjnie... Że aż źle, źle, wszystko źle, kompletna futurologia jak dla kogoś siedzącego w ciemnym, zadymionym klubie z Motörheadem łomoczącym z dyndającego nad głową, zakurzonego głośnika. Ładnie może być, ale nie w tej knajpie, w której jestem ja.
Podsumowując
Od tego wszystkiego się tak rozwlekle rozpoetyzowałam... Przyswoiłam ten alergen, doznałam halucynacji, przepoczwarzyłam się wewnętrznie, ale chcę już wrócić do siebie. Płyta Rojka jest wyrazem takiej umysłowości, która od początku mnie odrzuca, w którą weszłam jak w krainę błogiej melancholii, ale której nie mam już motywacji zgłębiać. Tworzy klimat, w którym ciąży mi moja zbroja z ramoneski, jest mi smutno i zaczynam wierzyć, że czegoś mi brakuje, ale nie muszę się starać, bo nie jestem w tym sama albo coś takiego.
Jednak cieszę się, że posłuchałam. Myślę, że dzięki temu zyskałam jakiś kolejny stopień wtajemniczenia na drodze do nirwany.Dziękuję polecaczowi :) i mam nadzieję, że wszelkie uszczypliwości czy niesprawiedliwości, jakie znalazły się powyżej, odkupiłam cierpliwością i godzinami odsłuchiwania.
Muzykografia: Artur Rojek "Składam się z samych powtórzeń", 2014
W zeszłym tygodniu trochę podsłuchiwałam... Tak mnie do nich
ciągnęło... W tym tygodniu wreszcie mogłam się pozachwycać całością. Ameryka, czy nie,
są świetni! Przedstawiam 4/52 płyt: "La Gargola" Chevelle!
Znam ich od niedawna, bo od "Hats off to the Bull" z
grudnia 2011 r. Singiel o tym samym tytule usłyszałam u Manna i pomyślałam: "uo, w
koło domu bedzie". Od tamtej pory jest, i jest, i jest... Muzycy zaraz po
ukończeniu trasy koncertowej z bykiem, weszli sobie do studio i wyszli z
płytką, a ona wyszła na świat 1 kwietnia br. Oznacza to, że w przeciwieństwie do moich
ostatnich odsłuchów, tym razem jestem
na czasie. :>
Znane mi Chevelle jest zdecydowanie bardziej oryginalne niż American Head Charge. Ciężka, porządna gitarowa podstawa i melodyjny wokal, który w głebi ma tak przejmującą, epicką nutę, że aż nasuwa się to nielubiane przez muzyków z Chevelle porównanie do Toola.
Utwory z "La Gargola" podzieliłabym na 3 typy. W większości to typ pierwszy - mroczne, wciągające, misterne w swoim ciężarze, z przenikliwym wokalem. Napięcie rozkłada się tu od chropowatej elektryczności przez lekkie przeciążenia do całkowitego wyciśnięcia powietrza z płuc. A wszystko to brudno i po ciemnku. Świetnym przykładem jest tu, oczywiście, "Hunter Eats Hunter". Czasami czuję się jakbym jechała ciężką kolejką górską po zardzewiałych szynach.
No i, o singlowatości, "Take Out the Gunmn", uwielbiam. Tak intrygująca, porywająca konstrukcja, która łączy to fikuśne stukanie z efektem "wciskania w fotel" uzyskanym w tak rozkosznie niedbałym stylu w refrenie...
No, ale do rzeczy. Drugi typ to kawałki z radiowym szlifem. Są mocne, rockowe, ale może nie aż tak mistyczne, jak w przypadku tych wyżej... Albo nie wiem, ale tak mi się skojarzyły. Na przykład "Chocking Game", a nawet "Under the Knife" i "An Island". Trzeci typ to balladki: "The Ocean" i "Twinge", . Zazwyczaj wolne utwory najszybciej mnie nużą i odpadają w przedbiegach, ale płytę "La Gargola" przesłuchałam tyle razy, że nie nielubię ich. Żeby usłyszeć je na prawdę i móc o nich coś powiedzieć, potrzebuję jeszcze sporo czasu. Jest to możliwe, wiem to po pewnym wolnym utworze Pearl Jam, którego od pierwszego usłyszenia postanowiłam bojkotować, bo jest wolny i przez to pretensjonalny, ale po roku właście mi się zmieniło...
A
jeśli o ploteczki chodzi, to Chevelle jest interesem rodzinnym. Na początku grało w nim trzech braci, potem brata-basistę zastąpił szwagier. Bo wiadomo, jak czegoś trzeba, to najlepiej udać się do szwagra. Poza tym, z tego co mi wiadomo, zespół nie gra rocka
chrześcijańskiego. To okropne jak się za człowiekiem może ciągnąć coś,
co zrobił w zeszłym tysiącleciu. Gdzieśtam jakaś piąta woda po kisielu
na początku ich kariery była religijnie zaangażowana, a do nich się to
tak absurdalnie przyczepiło, chociaż jak sami utrzymują, ich twórczość
jest pozbawiona treści religijnych.
Mimo że na początku już entuzjastycznie się wygadałam, że "świetni", krótko podsumuję: bardzo mi się podoba. :)
Już bym się dała nabrać. Niby nowe, a znajome, a skoro znajome, to od razu się lubi, ale zaraaaz... Ile razy można odkrywać Amerykę?
W tym tygodniu, jako trzecia z 52 płyt, towarzyszyła mi wydana w 2001 r. "The War of Art" zespołu American Head Charge. Nazwa powinna mi już podpowiedzieć, że to zespół amerykański. Nie bez znaczenia było też to, że wygrzebałam go idąć tropem innych amerykańskich zespołów... hmm... Cóż, pierwszym krokiem jest uświadomienie sobie choroby.
Nie jest to więc nic odkrywczego. Ciocia Wiki wyraźnie wymienia obok American Head Charge takie zespoły jak: System of a Down, Mudvayne, Slipknot, Slayer, Coal Chamber. Nie bez przyczyny spotifaje mówią o podobieństwie do Mushroomhead, Motogratera czy Dry Kill Logic. Metale w sosie własnym i nihil novi sub sole.
Nie dziwi więc, że od samego początku gładko mi wchodziło. Fajny wokal, mocny, konkretny, czasami drapieżny, czasami nawet dźwięczny, muzyka wystarczająco heavy, miejscami heavier, po prostu porządnie wykuta. Swojskie, przyjemne, takie po mojemu. I dopiero dzisiaj się zreflektowałam: tydzień upłynął mi pod patronatem Inżyniera Mamonia. Podoba mi się American Head Charge, bo to muzyka, którą znam.
Mam pozaznaczane kawałki, które szczególnie mnie cieszą, po kolei: "A Violet Reaction", "Never Get Caught" (szczególnie ze względu na drugą część utworu), "Self", singiel, a więc i teledysk "Just So You Know", dalej: "Fall", "Nothing Gets Nothing"... Ale joooj, czy ja jestem w stanie napisać o tym coś nowego, jak to po prostu industrialny rapo-nu-groove metal?
AHC nie miało też jakichś niezwykłych przygód w swojej historii. Coś sobie nagrali, spodobali się komu trzeba, nagrali "The War Of Art", potem kolejna płyta, zaczęli ćpać, wyszło jakieś DVD, po czym obwieścili na Myspace, że są RIP i tak im zostało. 3 lata temu zmartwychwstali, nagrali epkę i chcieliby coś jeszcze, więc zbierają kasę, o czym można się dowiedzieć z ich profilu, ale tym razem na fb. Tylko gitarzyści się troszkę wyróżnili, bo jeden z nich zagrał koncert nago, a drugi przedawkował.
AHC to wciąż ta sama Ameryka, którą dobrze już znam. Piszę o tym, jakby to była ich wada, ale to z babskiej przekorności. Tak naprawdę to ogromna zaleta, bo dają się lubić, tworzą muzykę, z którą jest mi dobrze. Dlatego chętnie do nich będę wracać.
Muzykografia: American Head Charge "The War of Art", 2001.
W skrócie: trochę jakby Static-X, trochę jak ukryte w mroku
skrzyżowanie kolorowego lizaka z dużą ciężarówą ze świnią na pace...
Wokalista był ciufcią, rzuciła go żona, po czym został chodzącym
komiksem w wydaniu dark.
A teraz rozwinę: dziś o drugiej z moich 52 płyt rocznie*: Caol Chamber "Coal Chamber" z 1997 roku.
Od początku skojarzyło mi się ze Static-X. Już podejrzewałam jakieś wpływy jednego na drugie, już pojawiały się rozmyślania z cyklu "jajko czy kura?": CC założono w 1993 r., S-X w 1994 r., a obydwa te obłędy wywodzą się z Los Angeles, miasta otulonego swojskim smogiem, które na początku lat 90. zawrzało z powodu dyskryminacji rasowej, pod którym 2 lata później poważnie zatrzęsła się ziemia, i w którym na koniec dziesięciolecia gliniarze handlowali z mafią, tworząc jeden z popularniejszych motywów w serialach o gliniarzach w Los Angeles, którzy handlują z mafią.
Dalej drążyć nie będę, bo ja w tym czasie słuchałam Metalliki, a kto wie, może oni wszyscy się znali, zaplatali sobie nawzajem warkoczyki albo przynajmniej natknęli się na siebie w Tower Records - wówczas popularnej i dynamicznie rozwijającej się sieci sklepów muzycznych - i w ogóle sprawa jest jasna jak słońce.
W każdym razie znaczy to, że moje czułki słusznie wyczuły pokrewieństwo mentalności, słusznie pamięć płyty "Coal Chamber" umościła się w sąsiedztwie
pamięci dyskografii Static-X. W najbliższym
czasie może przybyć im sąsiadów, a wtedy może i ja zacznę być ciufcią.
Bo właśnie, Coal Chamber grają i śpiewają, że oni są "Loco" -
ale nie takie jak w Ill Nino "I am loco". Chodzi podobno o loco-lokomotywę,
co by trochę wyjaśniało chaotyczny teledysk o panu, co błyska ludziom czerwonym światełkiem po oczach, wprowadzającym tych ludzi i oglądacza teledysku w
stan zawieszenia zwany "WTF?".
Skojarzenia z kolorowym lizakiem to trochę stąd...
a trochę z okładki płyty:
Jak widać na załączonym teledysku, wokalista, Dez Fafara, jest zdecydowanie loco jak to na stereotypowego ADHDowca przystało. Wygląda trochę jak ześwirowany clown, ale w swoim życiu
przeszedł metamorfozę. Teraz wygląda bardziej, hmmm..., jak czołg zostawiony na pastwę gimnazjalistom wyposażonym w czarne markery. Jako że jestem babą, to wiem też, że od czołgu Dez jest lżejszy co najmniej o żonę, której nie podobało się jego muzyczne zaangażowanie
na początku kariery. Teraz jednak
ma inną żonę i nowy zespół: DevilDriver.
A skoro już przemawia przeze mnie plotkarstwo, to TAM NA BASIE GRA
KOBIETA! :-0 Moje zdziwienie zdziwiło mnie na tyle, że może napiszę coś o
tym niedługo.
Wróćmy do muzyki
Poza singlem "Loco", dobrze weszło mi "Sway", ale to tak na zasadzie mamoniady. Tekst the
roof, the roof, the roof is on the fire
we don't need no water let the motherfucker burn
to
takie muzyczne "skrzydlate słowa" (chociaż może to trochę dziwnie
brzmieć w odniesieniu do takiej treści...). Słowa pochodzą z tego
kawałka, który wszyscy znamy, jeśli nie w oryginale, to po kawałku z
innych kawałków (The Prodigy, The Chemical Brothers, itd.):
Rock Master Scott & The Dynamic Three to old skoolowi muzycy, pradziadkowie hip-hopu. Ich "The roof is on the fire" to klasyk, który wykorzystany przez Coal Chamber sprawił, że zaczęłam się zastanawiać nad zasadnością określania gatunków muzycznych, a co za tym idzie, subkultur. Muzyka to pewna jakość nadrzędna, niepodzielna, bo z tego samego: z dźwięków. Patrząc z punktu widzenia gatunków, to inspiracje mogą wydawać się czasami zupełnie wywrotowe.
Ale co jeszcze o "Coal Chamber"? Cała płyta podoba mi się na tyle, że którykolwiek kawałek bym nie
usłyszała na jakiejś kolażowej playliście, to bym się ucieszyła. Podoba
mi się wokal, odpowiada mi ta ciężka, mroczna obłędowość, lubię też "Big Truck" -
bo tak, a "Amir Of The Desert" mniej więcej od 25 sekundy ustawiłabym sobie na dzwonek w telefonie. Na pewno posłucham też późniejszych tworów Coal Chamber i Deza, nawet jeśli są mniej loco.
A na koniec...
*licząc od Dry Kill Logic, bo ich uwielbiam, a słuchałam ich dłużej niż tydzień
Muzykografia: Coal Chamber album "Coal Chamber" 1997 Static-X, Metallica, DevilDriver, The Prodigy, The Chemical Brothers Ill Nino "I am loco" Rock Master Scott & The Dynamic Three "The roof is on the fire"
Hey little sister, it's a nice day to start again śpiewał Billy Idol*. So, let's start again.
Postanowiłam nie czekać z moim pomysłem do 1 stycznia i zacząć nowy rok od dzisiaj. Gdzieśtam po Sieci plącze się akcja 52 książek rocznie, jest jej filmowy odpowiednik** (którego do końca nie czaję: wychodzi tylko 1 film tygodniowo...!). Ja pomyślałam o muzyce. Tydzień to wystarczająco dużo czasu, żeby poznać dobrze jakąś płytę, parę razy można ją w tym czasie przesłuchać.
Ja chcę lubić muzykę, chcę czerpać przyjemność ze słuchania. A wiadomo, mądrość Inżyniera Mamonia głosi, że ludziom podoba się to, co już znają. Tydzień - to wystarczająco dużo czasu, żeby dać muzyce szansę, żeby ją poznać i albo polubić, albo się znudzić.
Dzisiaj kończy się tydzień, więc dosłuchuję jeszcze "The Darker Side of Nonsense" Dry Kill Logic z 2001 roku. Cudo, cudo, uwielbiam. Wdarli się w moje serduszko kawałkiem "Rot", bo nie tylko są odpowiednio agresywni, ale, o Mamoniu, nawiązali do czegoś, co mieści się w zbiorowej muzycznej nieświadomości. Kiedy pierwszy raz usłyszałam "Rot", doznałam takiej perwersyjnej przyjemności, jakbym mieliła lalki Barbie maszynką do mięsa, szczątki zalewała ropą naftową, podpalała i śmiała się, patrząc, jak się smażą. ]:->
Co będzie następne? Mam parę typów, zaczęłam ostatnio śmielej pływać po wirtualnych zasobach muzycznych i parę płytek mi się przyplątało do przesłuchania. Och, już się nie mogę doczekać, to będzie niezła zabawa. :D
*a przynamniej mógłby, jakby trochę pociąć utwór... :P ** jak ktoś ma konto na fb
Muzykografia: Billy Idol "White wedding", 1982 Dry Kill Logic, album "The Darker Side of Nonsense", 2001 Spice Girls "Wannabe", 1996