Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lata 90.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lata 90.. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 grudnia 2013

Niedosłyszałam, dosłuchuję

Pearl Jam już nadrobiłam, przeszłam przyśpieszony okres psychofanii, teraz jestem już spokojna. Jednak edukacja muzyczna nigdy się nie kończy, bo nikt jest Wojciechem Mannem (poza Wojciechem Mannem, oczywiście), który wie o muzyce wystarczająco dużo, że może sobie tylko świeżynki przeglądać.
Moja edukacja zaczyna się od żenującego wyznania, na które teraz czas: nigdy nie słuchałam PJ Harvey. To nie to, że nie wiedziałam o jej istnieniu albo coś. Po prostu padła ofiarą tego samego syndromu muzycznej ignorancji, co Pearl Jam. PJ Harvey to klasyka, muzyka PJ Harvey jest kultowa. A człowiekowi nie chce się słuchać rzeczy "kultowych". Dlaczego? Bo to nie mój kult! To już swoje zrobiło, miało swoją generację (co prawda nie tak odległą, ale skoro ja tego nie słucham a jest kultowe, to znaczy, że ktoś tego słuchał dawno), która się z tym utożsamiała - teraz ta generacja to wapniaki, więc jak to świadczy o tym przedmiocie kultu? Też jest wapniacki. A teraz to co innego, MY teraz jesteśmy już INNI. 



Dlaczego mimo leciutkiej warstewki wapna osadzającej się w moim błogo ignoranckim umyśle na koncepcie o nazwie "PJ Harvey", zaczęłam jej słuchać? Jakoś tak wyszło, podczas surfowania po różnych playlistach, że ucho się czepnęło i zażądało więcej. Nie dyskutuję, słucham i co...?

Co z moją innością, z oryginalnością muzyki "mojego pokolenia"? Pomińmy fakt, że muzyka ewoluuje, a PJ jest chyba babcią tego, czego słucham, a co ma być takie nowoczesne. To jeszcze o niczym nie świadczy.
Co z moją wrażliwością muzyczną kiełkującą na Metallice? Okazuje się, że nie jest wcale taka nieczuła na muzykę "wapniacką".
No i nawet da się tego słuchać. No i nawet ciary bywają, jak człowiek się zaangażuje. I nawet liry korbowej* nie ma, tylko ludzkie instrumenty, takie... nasze.

Czyli nie jestem jeszcze jakaś kosmicznie industrialna, postapokaliptyczna, czy nie wiem jaka miałabym być, żeby nie przyswajać PJ... Że dobra muzyka to dobra muzyka. Czasami warto przekroczyć mur, który się tworzy w człowiekowej głowie i sięgnąć po to, co "wapniackie". Wiem, że to nie jest odkrycie tygodnia, ale komu się na codzień chce słuchać klasyki, jeśli właśnie wyszła nowa płyta jakiegoś Arctic Monkeys, innego Puscifera czy deluxowy Franz Ferdinand?


*Nic nie mam do liry korbowej, też bywa rockowa.

poniedziałek, 21 października 2013

Muzyka do grania, do słuchania i do dzwonienia

...ale nie takiego grania, że na gitarze.

Może nie będę bardzo popularna, ale cóż, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, docierają do mnie takie informacje jak ta, że zbliża się BlizzCon*. To takie Święto Lasu, ale dla wielbicieli sportu w wydaniu "e", szczególnie tych od niewinnej gry towarzyskiej Diablo (to pan Natanek reklamował, więc pewnie każdy kojarzy) i innych -craft'ów, produkowanych przez mniejsze-od-Disneya-ZŁO: Blizzarda.

W każdym razie, dowiedziałam się przy okazji, że istnieje zespół Level 70 Elite Tauren Chieftai (czy też 80, czy 90, czy ile oni w końcu wbili tych leveli...) grający "utwory o tematyce gier Blizzardu"**.
Co to znaczy? 
Że paru panów pracujących w tej korporacji, w ramach odreagowania, gra trash o tym, że na przykład utożsamiają się z dwunożnym, zębatym rybo-jaszczurem zwanym Murlokiem. Hę?



Póki co jestem zafascynowana, bo czuję, że trafiłam na the weird part of the music... W dodatku trochę wgrygrałam, więc czasami nawet chwytam te subtelne wieloznaczności i dlatego zaczęłam się poważnie zastanawiać nad sobą...
Hmmm...
A właściwie nad związkiem gier komputerowych, muzyki i ich wpływem na moją kompetencję kulturową, bo:
...jako dziewczynka w sukience w kwiatki grywałam w "Prince of Persia" przy "Reload" Metalliki. Dłuugo ten album kojarzył mi się z charakterystycznymi "szczękami", które przecinały księcia na pół.
...trochę później grałam w "Command and Conquer: Tiberian Dawn" i od tamtej pory w chwilach kryzysu słucham soundtracka, swoją drogą - genialnego, autorstwa Franka Klepackiego. Co jest bardziej epickiego niż Marsh to Doom!
Co więcej! (O zgrozo, pogrążajmy się dalej...) Muzykę z gry gra mój telefon, kiedy dzwoni ktoś, z kim kiedyś w tę grę grałam. Myślę o Heroes of Might and Magic II i fikuśnych trąbach z zamku Warlocka, które zawsze mi się podobały (ale grałam Tytanami).
Tak więc słuchałam muzyki grając, słuchałam muzyki z gry, muzykę z gry zastosowałam do celów praktycznych. Oznacza to, że gry komputerowe poważnie rzuciły mi się na uszy
Co mnie lekko niepokoi? Że... to gry komputerowe. Nie odgłosy natury, szum morza, Szopena albo ludowe przyśpiewki prababci żującej maniok... Tylko gry komputerowe! To chyba już jest ostateczny dowód na to, że jestem techno-dziecięciem!
A zespół LVL80ECT, te blizzardziątka trashowate, no cóż, świadczą, że z tą przypadłością nie jestem sama... i nie jest ze mną jeszcze tak źle, ale przecież wiemy co jest dalej: 
dziecięcia współczesne, które kumają tablety, a zwykła gazeta jawi się im jako coś w wysokim stopniu podejrzanego, dla których ptaszki robią "tweet-tweet", a nie "ćwir-ćwir", którym wyświetla się na czerwono stan baterii, jak są głodne...
 Ooo, apokalipsa!

No dobrze, przecież nie dramatyzuję. Ja tam czuję się dobrze, wprost postmoderniście. Tu chodzi o to, że czy tego chcemy, czy nie, technologia się rozwija, daje nam gry komputerowe, my w nie gramy i są one dla nas ważne. I dlatego wszystko, co się z nimi wiąże, też się staje ważne. A muzyka w grach pełni chyba ważniejszą rolę niż w horrorach, bo jak na moim przykładzie widać, czasami się uniezależnia...


*8-9 listopada, jako rzecze sam zainteresowany
**jako rzecze Ciocia Wiki.

Muzykografia:
zespół LVL70ECT (i 80, i 90...)
Metallica "Reload" (1997)
soundtrack do "CnC: Tiberium Dawn", Frank Klepacki (szczególnie "Marsh to Doom")
ee... fikuśne trąby z zamku Warlocka z HoM&MIII

Grografia:
Prince of Persia (1989)
Command & Conquer: Tiberium Dawn (II poł. lat 90. XX wieku, że to tak ujmę)
Heroes of Might and Magic II (1996)

poniedziałek, 21 stycznia 2013

TO jest postmodernizm

Słucham i oglądam w kółko:


i myślę: co za genialny motyw! Już planuję uczyć się tańczyć jak Vanilla Ice, już wyciągam z szafy spodnie od pidżamy i bazgram różowym flamastrem po ścianie...
Gdy nagle spływa na mnie objawienie.

czwartek, 19 stycznia 2012

Żonglowanie dziesięcioleciami.

Zacznijmy od wyznania wiary:
Urodziłam się w Polsce pod koniec lat 80. 
Interesuje mnie polska muzyka rockowa lat 80.
Nigdy nie słuchałam Pearl Jam.

Chciałam pisać o różnicach w mentalności pokoleń lat 70. i 80., która wynika z innych przeżyć pokoleniowych, czy czegoś, ale niestety uznałam, że by było to strasznie naiwne. Jak się lepiej przyjrzeć to jest "pokolenie początku lat 70.", "końca...", "przełomu..." i znów "początku...", a ja jestem z "końca lat 80." W którym miejscu miałaby przebiegać granica? I niby te cząstki się różnią, ale właściwie takimi szczegółami, że nie będę się bawić w narzucanie jakichś kategorii.

W każdym razie, już jakiś czas temu doznałam okropnego poczucia braku kompetencji muzycznej w kwestii (uwaga, uwaga) muzyki lat 90. Niby moja świadomość w tamtym czasie już się wykluwała, ale nie przypominam sobie, żeby to był okres intensywnego zaangażowania ideologicznego w muzykę. Przynajmniej takie miałam poczucie, a miało to swoje konsekwencje.
Postanowiłam nadrobić moje "braki" i sięgnęłam po Pearl Jam.

Krótka heretycka dygresja

 Pearl Jam kiedyś kojarzyło mi się z czymś bardzo popularnym, więc wiadomo jakim. Naszywki na plecakach z logiem tego zespołu uważałam za deklarację "masowości" gustu muzycznego. W ogóle gadżety pearl-jamowe, którymi obwieszały się zbuntowane nastolatki, były dla mnie jakoś mało ciekawe. Muzyki w ogóle nie słuchałam, a jak słyszałam "Alive" albo "Jeremy", to nie robiło to na mnie wrażenia.
I bardzo dobrze!

Teraz słucham Pearl Jam non stop od 8 miesięcy i i wcale się nie zbliżam do "rozwiązania". Ciągle odnajduję jakieś ciekawe rzeczy, a mój umysł jest tak rozkosznie nieobciążony żadną wiedzą na temat tego zespołu, że czuję się jakbym znów miała 8 lat: o jej, to Eddie Vedder jest taki przystojny!? o jej, nagrał soundtrack do "Into the wild"? o jej, mają płyty unplugged! Mogę powoli ogarniać cały proces ewolucji twórczości tego człowieka o jakże dziwnym sposobie śpiewania...

Piszę to wszystko, bo dzisiaj w Trójce było o latach 90. właśnie. I ciągle słuchacze się dopominali o Pearl Jam, jakby lata 90. to było głównie Pearl Jam. W sumie nie dziwię się, że mnie odrzucało to wtedy, skoro zespół był otoczony takim fanatyzmem... Chyba mam jakieś genetycznie zakodowane IDŹ POD PRĄD.

Strasznie się roz-pearl-jam'iłam, jakby to słowotwórstwo źle nie brzmiało. Cóż, niech płynie ten banał zachwytu nad czymś "oczywistym" do zachwycania, co mi dzisiaj pożarło całą wenę twórczą i zdominowało powyższy tekst... (a miało nie być naiwnie)...


PS: Lubię ten teledysk, nawet jego "montażowatość". Jak go oglądam, chce mi się iść na koncert.