Włączyłam,
chociaż już sama nazwa tego zespołu się tak zużyła w moim odbiorze, że
jak słyszę "Sweet Noise", to nagle zaczyna mi się nie chcieć. Myślę, że
to taka wytarta propaganda, że oszołomiona wspólnotowość skrzywdzonych,
odrzuconych i innych i że wolę sobie posłuchać chorałów gregoriańskich. To oczywiście
zarzuty zbudowane na hiciorze Sweet Noise "Dzisiaj mnie kochasz, jutro
nienawidzisz", od którego zaczęła się moja znajomość z ich muzyką. Jak
to łatwo sobie szufladkować i później tylko sięgać po gotowe argumenty,
niż się chwilę zastanowić...
Jak sięgnę pamięcią do czasów, w których płyta była bardziej "taktylna"*, a nie funkcjonowała w postaci linka do spotifaja, to kasety Sweet Noise były
jednymi z najczęściej odsłuchiwanych na moim walkmanie czy innym
ustrojstwie.
"Koniec wieku" - uwielbiałam tę płytę. To jest płyta
tworząca całość, nie dam rady słuchać pojedynczych kawałków z niej. No,
chyba że "Civilized", bo to mnie uspokaja, więc czasami słucham wyrwane z
kontekstu.
"Czas ludzi cienia" z 2002 roku, znałam na pamięć, zakochana od
pierwszego wejrzenia w teledysku do "Dzisiaj mnie kochasz...". Och, no i
Anna Maria Jopek...
No nie mówiąc już o "Bruku"...
Jaką to miało moc! Teksty
Glacy proste, brutalne i szczere były jak uderzenie tornada prosto w
duszę. I chociaż byłam mała i daleko mi było zarówno do Libii, jak do ekstremów alkoholowo-narkotykowych, to mentalnie włączałam się w ten nurt. Trochę
obcy, trochę straszny, tak prawdziwy. Patrzyłam na twarze z teledysku,
poorane życiem i piękne. Medytowałam nad "Obym nigdy nie umierał".
To sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać, czy dzisiaj jest coś, co
by równie mocno poruszało, było tak równie perswazyjne i tak autentyczne?
Kiedyś na podobnym poziomie działało na mnie Illusion, Houk, wcześniej Republika, no i w ogóle
zespoły drugiego obiegu... Wyobrażam sobie, że podobną siłę miał jakichś Kaliber 44 czy inne takie.
A dzisiaj co...? Wszystko tak jakby podsiadło...
*tak mi się ostatnio podoba to słowo! Chodzi oto, że można coś pomacać.
Muzykografia:
Sweet Noise szczególnie albumy "Koniec wieku" i "Czas ludzi cienia"
Pearl Jam już nadrobiłam, przeszłam przyśpieszony okres psychofanii,
teraz jestem już spokojna. Jednak edukacja muzyczna nigdy się nie
kończy, bo nikt jest Wojciechem Mannem (poza Wojciechem Mannem,
oczywiście), który wie o muzyce wystarczająco dużo, że może sobie tylko
świeżynki przeglądać.
Moja edukacja zaczyna się od żenującego wyznania, na
które teraz czas: nigdy nie słuchałam PJ Harvey. To nie to, że nie
wiedziałam o jej istnieniu albo coś. Po prostu padła ofiarą tego samego syndromu muzycznej ignorancji, co Pearl Jam. PJ Harvey to klasyka, muzyka PJ Harvey jest kultowa. A człowiekowi nie chce się
słuchać rzeczy "kultowych". Dlaczego? Bo to nie mój kult! To już
swoje zrobiło, miało swoją generację (co prawda nie tak odległą, ale skoro ja tego nie słucham a jest kultowe, to znaczy, że ktoś tego słuchał dawno), która się z tym utożsamiała -
teraz ta generacja to wapniaki, więc jak to świadczy o tym przedmiocie
kultu? Też jest wapniacki. A teraz to co innego, MY teraz jesteśmy już
INNI.
Dlaczego mimo leciutkiej warstewki wapna osadzającej się w moim błogo ignoranckim umyśle na koncepcie o nazwie "PJ Harvey", zaczęłam
jej słuchać? Jakoś tak
wyszło, podczas surfowania po różnych playlistach, że ucho się czepnęło i
zażądało więcej. Nie dyskutuję, słucham i co...?
Co z moją innością, z oryginalnością muzyki "mojego
pokolenia"? Pomińmy fakt, że muzyka ewoluuje, a PJ jest chyba babcią tego,
czego słucham, a co ma być takie nowoczesne. To jeszcze o niczym nie
świadczy.
Co z moją wrażliwością muzyczną kiełkującą na Metallice? Okazuje się, że nie jest wcale taka nieczuła na muzykę "wapniacką".
No
i nawet da się tego słuchać. No i nawet ciary bywają, jak człowiek się
zaangażuje. I nawet liry korbowej* nie ma, tylko ludzkie instrumenty,
takie... nasze.
Czyli nie jestem jeszcze jakaś kosmicznie
industrialna, postapokaliptyczna, czy nie wiem jaka miałabym być, żeby
nie przyswajać PJ... Że dobra muzyka to dobra muzyka. Czasami warto przekroczyć mur, który się tworzy w człowiekowej głowie i sięgnąć po to, co "wapniackie". Wiem, że to nie jest odkrycie tygodnia, ale komu się na codzień chce słuchać klasyki, jeśli właśnie wyszła nowa płyta jakiegoś Arctic Monkeys, innego Puscifera czy deluxowy Franz Ferdinand?
Zbity pod sceną tłum faluje, a na tej fali przepływają pojedyncze, rozprężone ciała. Mają rozłożone ręce, nogi i są całkowicie poddane przypływom i odpływom. Ja (modą chyba hunterową) nazywam je aniołkami. Reszta świata mówi o crowd surfingu.
Skąd to się wzięło i po co to komu?
Podobno wzięło się z koncertu Petera Gabriela z 1982 roku, kiedy podczas kawałka o znaczącym tytule "Lay Your Hands On Me" Pan Piotrek dał się ponieść tłumowi. Można to nawet obejrzeć tutaj:
Myślę, że nie nie pozostawia to wątpliwości po co to komu. To jest właśnie jeden z przejawów poczucia wspólnoty, charakterystycznego dla koncertów. Pogrążony w ekstazie tłum staje się jednością. Ciała tworzą jeden pulsujący twór, morze wyciągniętych w górę rąk, po którym można przepłynąć. I wpływasz: wychodzisz do góry, unoszą cię dziesiątki rąk, wolno przemieszczasz się wraz z falami.
Poza tym służy do bardziej prozaicznych rzeczy, np. do przemieszczania się. Trudno jest przeciskać się między ludźmi, kiedy potrzeba uzupełnienia płynów jest większa niż potrzeba stania pod samym głośnikiem. Z resztą wśród czarnodusznych braci istnieje cień zagrożenia bycia co najmniej podeptanym, zdaje się więc, że bezpieczniejsza jest droga "morska".
Występowanie
Aniołki pokazują się najczęściej na koncertach, ogólnie mówiąc, rockowych. Zdawałoby się, że zostać nim można tylko na dużych koncertach, najczęściej pod sceną, gdzie zagęszczenie jest największe. Zdarzają się jednak przypadki takie jak koncerty wspomnianego już Huntera. Przy "Między niebem a piekłem" choćby pod sceną luźno stało 10 osób, będzie leciał aniołek. To taki stały punkt imprezy.
Szczegóły techniczne
Przyjrzyjmy się temu zjawisku z bliska. Jedną osobę na raz dotyka nagle 15 osób. Czy gdziekolwiek indziej w przestrzeni publicznej się to zdarza? To zupełny fenomen, że nagle z takiego dystansu, nagle z proksemicznego podziału na sferę społeczną, osobistą i intymną, wchodzimy na taki poziom bliskości. Bliskości absolutnej, znoszącej też podział ciała na strefy, których można publicznie dotykać i tych, które dotyka się tylko w wyjątkowych, intymnych sytuacjach. Czynności i okoliczności są szczególne, prawie jak podczas rytuałów.
Lay your hands on her
Spektakularnie wygląda to dla oglądacza koncertu na DVD. Nie doświadcza tej wspólnoty bezpośrednio, ale za to może chłonąć jej przejawy oczętami. Zawsze to coś. Słabo wyglądać to może dla kogoś stojącego w tłumie, a kto nie jest zaangażowany we wspólne czucie (głośniejszy jest kac, boląca stopa albo rozbita warga): nie ma wtedy jak uciec przed takim dryfującym nad tobą ciałem, cóż, trzeba toto przenosić, inaczej spadnie na ciebie. A dla samego surfera?
Aniołki mają różne płcie. Peter Gabriel to Peter Gabriel... Koszulę mu co prawda zdjęli i nie jemu jedynemu (o, szczęśliwi ci, co zdarli koszulkę z Eddiego V.!), poza możliwością uszkodzenia, z którą liczyć się musi każdy crowdsurfer, to chyba jedyne ryzyko, które ponieść może mężczyzna.
A co, gdy aniołkiem jest kobieta, której ciało jest szczególnie poddane różnym restrykcjom i które bardziej jest kojarzone z seksualnością (bo co prędzej się skojarzy z seksem: udo kobiece czy udo męskie?). Co się dzieje z ciałem kobiety wydanym na łaskę tłumu, który dotrze wszędzie? Dla mnie interesującym przykładem jest to:
Ubrana na nago Lady Gaga dała się ponieść emocjom i swoim fanom podczas koncertu Semi Precious Weapon w 2010 r. Powiedziała później, że była wtedy "very excited", więc pewnie podobnie jak Peter Gabriel. Jednak to, co się z nią działo, wyglądało raczej jak ugrzęźnięcie i powolne zapadanie się niż płynięcie. Przynosi to na myśl orię. Pogańskości dopełniłoby chyba tylko rozszarpanie celebrytki na strzępy (mam wizje trochę jak z "Pachnidła"...). W dodatku te wszystkie telefony z każdej strony robiące tysiące zdjęć: dzisiaj tłum nie tylko maca, ale też dokumentuje ku czci wzrokocentryzmu. Teraz można znaleźć zdjęcia każdego skrawka ciała Gagi, wpadniętego w ten tłum.
Swoją drogą jest to w ogóle bardzo ciekawy materiał do analizy dla jakiegoś muzykofila-kulturoznawcy. Jest dzień, ludzi w sumie nie dużo, śpiewa osobnik w srebrnych szpilkach... No, ale to fenomen Gagi. (Beyonce wyszło to jakoś lepiej. Można bez scysji? No można.)
Co ze zwykłymi śmiertelniczkami? Well...
One pozostają zwykłymi śmiertelniczkami o anonimowych ciałach. I to jest druga strona wzniosłości, jedności i wspólnotowości, której oddaje się taka anielica. Tłum tworzą indywidualności, więc zawsze znaleźć się tam może pan w zielonej koszulce, który skorzysta z szansy (nawet jeśli szczególnie się mu jej nie będzie dawało, jak powyżej).
Tsunami metalu, tworzone przez kudłatych panów na scenie, przyprawiało nieliczne, "romantyczne na czarno"* towarzystwo o dzwonienie w uszach. Sącząc sobie jedyny właściwy napój, uradowana, cieszyłam ukryte w ciemności oczęta wszelkimi przejawami aktywności pod sceną. No cóż, nie było ich wiele, a właściwie jeden, ale za to przystojny.
Co jakiś czas widoczność ograniczały mi grupki świeżoprzybyłych. Selekcja była ostra i docierała aż do rdzenia ideologicznego: dać się lać po głowie gitarą, czy wiać stąd? Niewielu okazało się"TRU".
Siedząc tak, pomyślałam: jestem na koncercie. A dlaczego by nie pisać o koncertach...? Czasami coś mi szczególnie się rzuci w oko lub ucho i co, mam to zachować dla siebie?
Koncerty to jedna z najważniejszych aktywności dla pewnych subkultur (o ile jeszcze można mówić o subkulturach w tej postmodernipsie). No owszem, można egzaltować się przy Moonspellu w samotności i znosić narzekania matki, żony i sąsiadki. Wtedy dzwonienia w uszach dorobić się można wraz z urazem głowy, pod wpływem fali niezrozumienia dla wrażliwej, metalowej duszy. Ale na koncerty przychodzą ludzie tak samo spragnieni sponiewierania się. To szczególny rodzaj wspólnoty**. Trochę jak na Castle Party - wśród "dziwaków" to ten normalny jest dziwny.
Problem w tym, że dużą rolę odgrywa tu też przestrzeń. Koncert (póki co) odbywa się w rzeczywistym miejscu na świecie. I trzeba przynieść na niego swojego nieporęcznego, biologicznego awatara, no nie ma rady. Czasem wlecze się go bardzo daleko, ale to w wyjątkowych okolicznościach.
Mój bioawatar zazwyczaj tkwi w najbardziej zanieczyszczonym mieście tego uroczego kraju. Lubię KSM, a wysłuchałam, jak hałasują Tug Boat, Mindfield i Human Bazooka.
Ale nic o nich nie powiem tym razem: trzeba będzie, chłopaki, zagrać jeszcze raz.
* coś o tym kiedyś napiszę
** którą chyba muszę kiedyś zdemitologizować, bo przecież nie jest aż tak pięknie...