Jak wynika z najnowszych badań amerykańskich naukowców, fonofilia ma znacząco pozytywny wpływ na zdolności poznawcze, inteligencję i w ogóle daje +25% do fajności.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fonofilia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fonofilia. Pokaż wszystkie posty
piątek, 22 lutego 2013
czwartek, 27 grudnia 2012
Post po poście słuchawkowym
Jakiś czas temu skończył się mój przymusowy post. Trwał on parę miesięcy, a jego bezpośrednią przyczyną było zepsucie gniazda słuchawkowego w telefonie. Mogłam słuchać muzyki tylko w moim pokoiku z głośników! Dla kogoś tak uzależnionego to istny detoks.
niedziela, 16 grudnia 2012
Wyznania psychofanki
No mam tak, nic na to nie poradzę. Potrafię słuchać muzyki jednego zespołu w kółko przez pół roku, roku, dwa lata... Przechodzę kolejne etapy uzależnienia, doznaję różnych stanów od fascynacji do obrzydzenia i z powrotem.
Nie tylko na uszy mi się rzuca, ale też na oczy: oglądam teledyski, nagrania live, zdjęcia i upajam się. Niektóre filmiki znam na pamięć klatka po klatce, mam ulubione ujęcia i czekam na nie odtwarzając wszystko od początku po raz n-ty, żeby doznać całego kontekstu.
Czasami myślę, że to złe. Jakoś się próbuję opanować, zająć uwagę na chwilę czymś innym, spróbować czegoś innego, ale skutek zazwyczaj jest odwrotny...
Zapowiadało się, że Pearl Jam będzie moim obiektem psychofanii. Pomyślałam: jakie to pretensjonalne, słuchać Pearl Jam. Usiłowałam przestać, ale moja percepcja już była ustawiona na odnajdywania odniesień. Wszystko kojarzyło mi się z ich muzyką, ślepia tęskniły za teledyskiem do "Even Flow" i bałam się otwierać lodówkę w obawie, że wyskoczy z niej Eddie Vedder.
Dlatego, przekornie, uzależniłam się od Soil. Teledysk do "Halo" był moim sacrum i profanum w jednym: niby nic nadzwyczajnego, a potrafiłam odtworzyć każdą sekundę w pamięci, jakbym oglądała na bieżąco. Później wtłukłam sobie do głowy wszystkie inne ich teledyski z "Unreal" na czele (ah, te ujęcia Ryana w stylu "my little puppy", aż mnie mdli z ambiwalencji).
A potem, tropem McCombsa, od Drowning Pool. Teraz ich już nie kocham, bo Ryan wrócił do Soil, a do nowego wokalisty DP nie mam serca, bo jest nowym wokalistą. (Hermeneutyka miłości do symulakrów rządzi się nieubłaganymi prawami, a najważniejsze z nich to Prawo Inżyniera Mamonia.)
Teraz mam nowy zespół do czczenia. I znów: niby nic, a nie mogę przestać słyszeć. Jestem na etapie sprzężania fonii z wizją.
Days of the New. Nienawidzę kochać tej muzyki. Powyżej teledysk do jednego z ich największych przebojów. Nie tylko w mojej głowie (mam nadzieję...). Travis Meeks, existing only to bring me down, wówczas jeszcze piękny, młody, u progu zjazdu w metę i przed wcieleniem się w Morrisona w "The End" czy "L.A. Woman".
No cóż... Po prostu jestem psychofanką. Obiekt mojej fascynacji się zmienia, ale sposób pozostaje wciąż ten sam: słucham w kółko, uwielbiam i nie znoszę, czytam, słucham, oglądam, uwielbiam trochę stabilniej, jeszcze mocniej nie znoszę... i tak do następnego zespołu.
Mam nadzieję, że to nieuleczalne.
Nie tylko na uszy mi się rzuca, ale też na oczy: oglądam teledyski, nagrania live, zdjęcia i upajam się. Niektóre filmiki znam na pamięć klatka po klatce, mam ulubione ujęcia i czekam na nie odtwarzając wszystko od początku po raz n-ty, żeby doznać całego kontekstu.
Czasami myślę, że to złe. Jakoś się próbuję opanować, zająć uwagę na chwilę czymś innym, spróbować czegoś innego, ale skutek zazwyczaj jest odwrotny...
Zapowiadało się, że Pearl Jam będzie moim obiektem psychofanii. Pomyślałam: jakie to pretensjonalne, słuchać Pearl Jam. Usiłowałam przestać, ale moja percepcja już była ustawiona na odnajdywania odniesień. Wszystko kojarzyło mi się z ich muzyką, ślepia tęskniły za teledyskiem do "Even Flow" i bałam się otwierać lodówkę w obawie, że wyskoczy z niej Eddie Vedder.
Dlatego, przekornie, uzależniłam się od Soil. Teledysk do "Halo" był moim sacrum i profanum w jednym: niby nic nadzwyczajnego, a potrafiłam odtworzyć każdą sekundę w pamięci, jakbym oglądała na bieżąco. Później wtłukłam sobie do głowy wszystkie inne ich teledyski z "Unreal" na czele (ah, te ujęcia Ryana w stylu "my little puppy", aż mnie mdli z ambiwalencji).
A potem, tropem McCombsa, od Drowning Pool. Teraz ich już nie kocham, bo Ryan wrócił do Soil, a do nowego wokalisty DP nie mam serca, bo jest nowym wokalistą. (Hermeneutyka miłości do symulakrów rządzi się nieubłaganymi prawami, a najważniejsze z nich to Prawo Inżyniera Mamonia.)
Teraz mam nowy zespół do czczenia. I znów: niby nic, a nie mogę przestać słyszeć. Jestem na etapie sprzężania fonii z wizją.
Days of the New. Nienawidzę kochać tej muzyki. Powyżej teledysk do jednego z ich największych przebojów. Nie tylko w mojej głowie (mam nadzieję...). Travis Meeks, existing only to bring me down, wówczas jeszcze piękny, młody, u progu zjazdu w metę i przed wcieleniem się w Morrisona w "The End" czy "L.A. Woman".
No cóż... Po prostu jestem psychofanką. Obiekt mojej fascynacji się zmienia, ale sposób pozostaje wciąż ten sam: słucham w kółko, uwielbiam i nie znoszę, czytam, słucham, oglądam, uwielbiam trochę stabilniej, jeszcze mocniej nie znoszę... i tak do następnego zespołu.
Mam nadzieję, że to nieuleczalne.
środa, 12 grudnia 2012
Kobieta to jakiś inny człowiek
Może to trochę dziwne miejsce, żeby wspominać o babskim cyklu menstruacyjnym, ale mam pewną refleksję wiążącą się z holistycznym patrzeniem na człowieka. Ostatnio czytałam parę newsów o tym co może wpływać na poglądy polityczne i w ogóle na zdanie na jakikolwiek temat. Newsy typu: jak trzymasz w ręku ciepły kubek, to lepiej ocenisz nowo poznaną osobę; jak czujesz się bezpiecznie, jesteś raczej liberalny; jak jest czysto to cośtam.
środa, 28 listopada 2012
Przejmujące słyszenie
Robimy co dziennie tysiące rzeczy, które nawet nie przekraczają progu naszej świadomości. Uważamy, ze są to rzeczy zupełnie normalne i oczywiste. Jakie ożywcze jest zdziwienie, że tak nie jest!
Poczucie nieoczywistości nie jest niestety łatwe do osiągnięcia. Można przywoływać dzieci z Afryki, które nie mają wody, czy niewidomych, którzy nie pooglądają sobie świetlnych widowisk czy tańca, ale kto tak naprawdę się tym przejmuje? Wydaje mi się, że to przejmujące musi być niesamowite, łamiące nasz codzienny ogląd, ale też wystarczająco bliskie nas, żeby zadziałało ożywczo.
Mnie przejęła i zelektryzowała informacja o istnieniu czegoś takiego jak fonofobia, mizofonia czyli po prostu nadwrażliwość na dźwięki. Nie: głuchota. Niesłyszenie to jest coś "odmiennego", ale jest zbyt daleko mnie. Poza tym znam Evelyn Glennie, która nie słyszy, ale nie przeszkadza jej to grać. I to jak grać. Głuchota mnie więc nie rusza za bardzo.
Natomiast jak ktoś słyszy, ale nie jest w stanie znieść dźwięków - to mnie przejęło. Tu i teraz, w kontekście mojej "fonofilii". Pomyślałam, że to nie jest oczywiste, że mogę tak słuchać muzyki, jak to robię. Że jest ona we mnie, wszędzie i jest oczywista dla mnie... ale przecież niekoniecznie dla innych. I mam takie:
Więc zupełnie niezwykłe i nieoczywiste jest to, że mogę posłuchać jak gra Evelyn Glennie, Sweet Noise czy Capella Cracoviensis i czerpać z tego przyjemność.
Może to nie jest jakoś strasznie odkrywcze, ale każdy ma swój "czynnik przejmujący". Nie musi to być akurat fonofobia - to przejmuje mnie. Ciekawe co innych ludzi przejmuje... Czy naprawdę są to głównie te "przysłowiowe" biedne dzieci z Afryki albo bezdomne kotki?
W sumie, co by to nie było, chyba warto czasem sobie przypomnieć, że nic nie jest oczywiste...
Poczucie nieoczywistości nie jest niestety łatwe do osiągnięcia. Można przywoływać dzieci z Afryki, które nie mają wody, czy niewidomych, którzy nie pooglądają sobie świetlnych widowisk czy tańca, ale kto tak naprawdę się tym przejmuje? Wydaje mi się, że to przejmujące musi być niesamowite, łamiące nasz codzienny ogląd, ale też wystarczająco bliskie nas, żeby zadziałało ożywczo.
Mnie przejęła i zelektryzowała informacja o istnieniu czegoś takiego jak fonofobia, mizofonia czyli po prostu nadwrażliwość na dźwięki. Nie: głuchota. Niesłyszenie to jest coś "odmiennego", ale jest zbyt daleko mnie. Poza tym znam Evelyn Glennie, która nie słyszy, ale nie przeszkadza jej to grać. I to jak grać. Głuchota mnie więc nie rusza za bardzo.
Dowód na to, że sobie Evelyn nie wymyśliłam
Natomiast jak ktoś słyszy, ale nie jest w stanie znieść dźwięków - to mnie przejęło. Tu i teraz, w kontekście mojej "fonofilii". Pomyślałam, że to nie jest oczywiste, że mogę tak słuchać muzyki, jak to robię. Że jest ona we mnie, wszędzie i jest oczywista dla mnie... ale przecież niekoniecznie dla innych. I mam takie:
aha! a więc można się bardzo źle czuć słysząc głośniejsze dźwięki, a co dopiero jakieś Sweet Noise!
I w ogóle że dźwięki mogą sprawiać ból - przejmujące, że sfera, z której czerpię tyle inspiracji, która jest dla mnie pożywką, równie dobrze mogłaby być dla mnie męką. Więc zupełnie niezwykłe i nieoczywiste jest to, że mogę posłuchać jak gra Evelyn Glennie, Sweet Noise czy Capella Cracoviensis i czerpać z tego przyjemność.
Może to nie jest jakoś strasznie odkrywcze, ale każdy ma swój "czynnik przejmujący". Nie musi to być akurat fonofobia - to przejmuje mnie. Ciekawe co innych ludzi przejmuje... Czy naprawdę są to głównie te "przysłowiowe" biedne dzieci z Afryki albo bezdomne kotki?
W sumie, co by to nie było, chyba warto czasem sobie przypomnieć, że nic nie jest oczywiste...
Subskrybuj:
Posty (Atom)