środa, 25 czerwca 2014

W telegraficznym skrócie



Trudno jest sobie wyobrazić coś ważniejszego od muzyki, ale łatwiej coś ważniejszego od pisania o muzyce. Takie rzeczy ostatnio się działy, dlatego żeby nie ugrzęznąć, przyjmijmy, że napisałam o nowej płycie (i filmie!) Archive "Axiom", że wyznałam, jak wbijam sobie w głowę - to co, że ze Szwecji - Träd Gräs och Stenar i album o tym samym tytule jako kolejną z 52 płyt, że zafascynowana ich wykonaniem "All Along The Watchtower" piszę aż artykuł o tym utworze i różnych jego coverach (przesłuchałam ich chyba ze 30), że znów schizuję na punkcie Soil, że zakochałam się w boil, odkryłam Buffalo Killers, że straciłam rachubę z tymi 52 płytami, że opowiedziałam bajkę o wskrzeszeńcach inspirowaną takimi zjawiskami jak płyta Variété i że napisałam poważną psychofańską recenzję nowej płyty Jacka White'a, którego kocham bardziej niż Johnnego Deppa.

A teraz mogę napisać coś naprawdę. :)

P.S.: Przepraszam, że Was opuściłam wtedy, kiedy zaczęliście do mnie przemawiać gdzieś z drugiego końca kabelka. Już wszystko przeczytuję!

niedziela, 8 czerwca 2014

Uwolnić muzykę od pamięci

Zbyszek nie słucha Nirvany. Gdy słyszy pierwsze dźwięki "Smells like a teen spirit", jak porażony ucieka jak najdalej źródła muzyki. Zbyszek, tak jak ty, był kiedyś zakochany.

"Nevermind" Zbyszek słuchał ze swoją pierwszą miłością, Danką. Obydwoje wówczas identyfikowali się z tym przekazem, przeżywali głęboko i wspólnie. Byli razem w muzyce, przez co ona stała się miejscem ich dwojga. Nastoletnia miłość jednak skończyła się, ale mieszanka ich emocji i dźwięków pozostał tak boleśnie nieprzystająca do rzeczywistości...

Kocham muzykę i daję się kochać muzyką. Konsekwencje tego bywają koszmarne: muzyka odpowiednio nasączona emocjami, zachowuje je w sobie, nawet jeśli one przeminą, wygasną, odwrócą się, przekształcą... I później jak oparzona uciekam, wyłączam, zagłuszam już po pierwszych dźwiękach, bo przypomina mi się, że
on mi kwiatek przyniósł, wino piliśmy albo jeździliśmy po wiochach  samochodem...

Tak miałam na przykład z "Heaven is a lie" Lacuna Coil. Pięknie było, gdy mi to włączył po raz pierwszy. Tak mi się sposobało, że puszczał ten kawałek, kiedy chciał mi zrobić przyjemność. Później się schrzaniło między nami i od tej pory na dźwięki "Heaven is a lie" zalewała mnie krew.

I co zrobić...? Co by nie mówić, ładna to pioseneczka, może nie tak popularna, że wszędzie ją można usłyszeć, ale może się zdarzyć. Muzyka sama w sobie nie zawiniła, więc dlaczego by sobie nie posłuchać jej czasem bez obciążenia emocjonalnego?

Mam na to sposób: słuchać dalej, na okrągło i do znudzenia. Zamazać wspomnienia innymi wspomnieniami, rozcieńczyć je zwykłością, codziennością, bólem głowy, zamiataniem, obcinaniem sobie paznokci u stóp... Głupio roztkliwiać się nad tym, co było kiedyś przy tym utworze, gdy właśnie je się pomidorową z kluskami. Tak się sprowadza wyidealizowany obraz och'ów i ach'ów do poziomu bruku.

Bolesne? Absurdalne? Powiedziałaby, że konieczne, jeśli ktoś ma takiego świra jak ja. Można albo dawać się płoszyć paru dźwiękom albo raz na zawsze ukatrupić zjawy, które się w tych dźwiękach ukryły. Bo przecież co było, a nie jest, nie liczy się w rejestr - dlaczego miałoby zatem zmartwychwstawać i straszyć ludzi?

Uwalniajmy muzykę od pamięci. Jest tego warta.

wtorek, 3 czerwca 2014

Deszczowe progresy

Lekko prowokacynie poruszyłam kiedyś temat związku płci z preferencjami muzycznymi. Po ostatnim tygodniu zaczynam dochodzić do wniosku, że na dobór muzyki wpływ może mieć też pogoda.

Miało być tak: 11/52 "God is an Automaton" Sybreed z apokaliptycznego roku 2012. Po względem ideologii spodobał mi się tytuł płyty, spodobał mi się tytuł pierwszego kawałka "Posthuman Manifesto" i już myślałam, że zostanę na tydzień cyborgiem, ale... po pierwsze: to nie do końca to. Chcę takiej muzyki, ale na początek lepsze byłoby coś sztandarowego, typowego, a to nie brzmi pierwszoligowo.

Po drugie: nastąpiło załamanie pogodowe i... wpadłam w progresy. Dopadło mnie w czwartek. Niskie ciśnienie i natchniony nastrój poprowadził mnie od Archive aż do 12/52: "In Absentia" Porcupine Tree. Poczułam, jakbym doznała jakieś iluminacji. Wchodziło lekko, nie mogłam się nasycić, słuchałam na okrągło, tych smętów, tych nudów, marudów... Płyto, gdzieś ty była w te wszystkie burzowe dnie mego życia?



Weźmy "Trains", singielek i chyba najpopularniejszy ich kawałek. Delikatny, łagodny i rozmemłany jak piąta nad ranem. Przed zapadnięciem w sen chroni człowieka jedynie szkielet z gitary, co prawda akustycznej, ale cóż. Pan śpiewa aksamitnie, czyli zupełnie niedopuszczalnie, ale cóż. Doznałam obsesji, a z tym się nie dyskutuje. I'm dying of love, it's ok.

Na płycie czasem coś zabrzmi mocniej, podtrzymując ofiarę przy życiu, jak w "Blackest Eyes". Miałam refleksję, że wszystko zależy od kontekstu: kiedy mamy spokojne, melodyjne podłoże z takim godnym potępienia wokalem to nawet lżejsza gitarka elektryczna brzmi konkretnie. No ale to nie tylko melodyjność, bo są kawałki, które mogłyby spokonie pretendować do wagi... hmm... lekkopółśredniej. Na przykład gęste "The Creator Has a Mastertape", czy ornamentowe "Wedding Nails". Podoba mi się też "Strip The Soul": przejawia się w nim kontrast aksamitność - pokiereszowanie. Wolę pokiereszowanie, więc wpajam w siebie aksamitność, żeby mnie mocniej uderzyło, jak już nastanie.

"In Absentia" to płyta dla mnie przyswajalna w całym najlepszym tego słowa znaczeniu. Nie wiem, czy jest kamień poruszajacy progresywną lawinę, czy, kto wie, może nawet Magmę, ale na pewno było to coś dobrego na potrzebę wczuwy w deszczowe dni. Słuchałam jej intensywnie, aż do skrajnego rozrzedzenia krewi, dlatego z błogością zażyję czegoś gęstego, ciężkiego i żelaznego...

Mam nadzieję, że szybko dojdę do siebie, bo dzisiaj już wtorek.

Muzykografia:
album "God is an Automaton" Sybreed, 2012 r.
album "In Absentia" Porcupine Tree 2002 r.

niedziela, 25 maja 2014

Stara miłość nie rdzewieje?

Przeszliśmy wszystkie etapy zaangażowania. Przetrwałam rozstania, nowe związki, powroty, ale pozostałam (względnie) wierna. To nie zdarza się z pierwszym lepszym zespołem.

Zauroczenie od pierwszego zasłyszenia ("Halo"), okazjonalne spotkania na zatłoczonych, rozrywkowych playlistach, nieśmiałe deklaracje (przesłucham "Throttle Junkies"), głębsze poznanie (cała dyskografia i historia zespołu), coraz poważniejsze zaangażowanie (Ryan ma profil na fb!), porwania wizualnej namiętności (screanshot z teledysku "Redefine" na pulpicie)... Dotarłam nawet do garażowych epek i byłam w stanie ich słuchać. Kiedyś.

W tym tygodniu słuchałam ostatniej płyty Soil: 10/52 "Whole". Nie wiem dlaczego dopiero teraz, płyta wyszła w zeszłym roku. Przesłuchując ją po raz pierwszy, nie wiedziałam też, co ja takiego widziałam w tym zespole. Płaski, komercyjny, amerykański rock. Pioseneczki o miłości, czy czymśtam, wszystko takie samo. Po progresywnych eksperymentach konstrukcja utworów wydała mi się po prostu nudna... A przecież to dzięki nim odkryłam w sobie pokłady psychofanii! Czyżby jednak zardzewiało?

Płyta to po prostu... ryanowe Soil. Zespół zmieniał się w zależności od wokalisty, bo w tego typu muzyce wokalista jest jak etykietka. Widać to na przykładzie Drowning Pool. (Legendarne DP było ze Stagem, drugie z Ryanem, a resztę bojkotuję.) Kiedy Ryan odszedł od Soil, przestało to być TO Soil. Kiedy wrócił, powróciło, ale bez fajerwerków. Nie stworzyli kolejnego "Halo", nie stopili serca mego lodu, niestety, gładko wpasowywali się w tło dnia.

Moją uwagę szczególnie przyciągał tylko jeden kawałek: "Amalgamation" i to nie tylko ze względu na to, że lubię amalgamaty. Słuchając go, reagowałam jak pies Pawłowa: jeden za drugim padają tam nazwy kawałków, które znam tak dobrze, że aż się we mnie coś podrywa. Przez to nie mogę go spokojnie posłuchać, za dużo tego dobrego, przełączam.

Reszta raczej mnie nie porwała, jednak po tygodniu słuchania domyślam się, co takiego widziałam i słyszałam w Soil i, co ważniejsze, po co mi to było.

Po pierwsze: lubię takie wokale, jak ma McCombs. To właśnie jest zdarte, pocharatane i głębokie przeciwieństwo rojkowatości. Po drugie: konstrukcja utworu jest rdzenną konstrukcją mojej kompetencji muzycznej. W swojej konwencjonalności, utrwaleniu i prostocie jest jak pieść ludowa. Daje podstawę, na której można później żerować, nawiązywać, przekręcać, buntować się i grać gitarę elektryczną na wiolonczeli jak w różnych progach i postach.

Do tego, po co mi była taka muzyka, doszłam czytając wpis o psychofanii. Wówczas myślałam hermeneutykami, ambiwalencjami i symulakrami, było to dla mnie na porządku dziennym. Nic dziwnego, że gdzieś ludź musiał odreagować. A Soil jest jak Ryan: lubi wypić, zapalić i jeść bekon w każdej możliwej postaci, nawet w czekoladzie. Nie ma kosmicznych rozkmin, tylko takie zwyczajne: kocha, wkurza się, tęskni. Powiedzieć by można: równowaga/homeostaza w mojej głowie została dzięki temu zachowana.

"Whole" dorzucę sobie do playlisty Soil-DP i jak mnie najdzie ochota na sentymenty, to posłucham. Niepokoi mnie tylko ten mój wniosek. Czy skoro teraz wchodzi mi Rishloo i nie ziewam na myśl o Riverside, to znaczy, że zgłupiałam...?

poniedziałek, 19 maja 2014

Żadnych progresów

Deszcz, niskie ciśnienie, ja grzęznąca w dniach... Podobno obudzenie lunatyka przynosi pecha. Tym bardziej do gustu przypadł mi pomysł, żeby ostatecznie się pozamulać. Przez tydzień słuchałam więc rocka progresywnego.

Okoliczności pogodowe, życiowe, czy cholera wie jakie jeszcze, sprawiły, że utraciłam na jakiś czas gust. Serio. Długo nie mogłam się zdecydować na jedną, konkretną płytę i to nie dlatego, że tak mi się wszystko podobało, ale dlatego, że ani mi się podobało, ani się nie podobało.

Miesiąc temu, rozentuzjazmowana odkrywaniem nowej muzyki, wygrzebałam płytę "Feathergun" Rishloo z 2009 r. Chciałam jej poświecić tydzień mojego życia, głównie dlatego, że ma fajną okładkę, ale zanim nastała jej kolej, zaczęłam jej podsłuchiwać. No i tak się stało, że po kryjomu od miesiąca do niej wracam. "Feathergun" przestała spełniać kryterium płyty, której nie znam. Wdarła się niepostrzeżenie do kategorii "moja muzyka", więc nie będę o niej pisać. (Poza tym zespół pochodzi z Seattle.)

Założyłam, że posłucham czegoś nieoczywistego, mało medialnego. Najlepiej z jakiegoś Kuwejtu, Azerbejdżanu albo innej Rumunii, żeby nie było, że znów United States. Na niewiele się to zakładanie zdało: znane zespoły progresywne niekonieczne są amerykańskie, a z dostępnością "lokalnych" specjałów różnie bywa... Zaczełam przeszukiwać muzykę trochę w ciemno. Przesłuchałam fragmenty kilku(nastu) płyt różnych zespołów określanych jako mniej lub bardziej progresywne, z domieszkami różnych dziwactw takich jak doom, death metal, neoclassic, metalcore, gothic itd. Spodziewałam się, że w pewnym momencie usłyszę, że to jest właśnie TO, co mi się zdarza w przypadku amerykańskich rocków, ale... hmm... no nie. Nie tym razem.

To był kompletny impas. Czułam się jakbym miała wybrać wędkę w samoobsługowym sklepie dla wędkarzy. A o wędkach wiem tyle, że to służący do łowienia ryb kawałek kija z żyłką i haczykiem. Po prostu nie chwytam tych subtelności, które przecież są, różnicują, tworzą jakość... Niby chciałam czegoś innego, ale, podobnie jak w przypadku Dir En Grey, co z tego, jak nie jestem w stanie określić jakości, bo wszystko jest tam takie samo: obce.
W końcu stanęło na "Communication Lost" Wolverine. Okładka jest taka uo, ale w głosie wokalisty zamajaczyła mi głeboka nuta, jak u Nicka Cave'a; coś mi przywiodło na myśl moją ulubioną płytę Paradise Lost... Niestety, po paru odsłuchaniach stwierdziłam, że musiałam mieć halucynacje. Ani Cave'a, ani mrocznego mistycyzmu, ani czegokolwiek, co bym zapamiętała. Wolverine spłynęło po mnie jak po kaczce. Po pierwszych paru dźwiękach zapadałam w letarg i budziłam się wraz z ostatnimi dźwiękami po to, żeby włączyć Rishloo albo cokolwiek innego.

Nie wiem, czy to kwestia przesytu nieznanym, działania frontów atmosferycznych, tymczasowych zaburzeń osobowości, układu gwiazd na niebie, czy po prostu tej muzyki. Czuję, że w tym tygodniu nie zrobiłam żadnych postępów. Ale moje męki z samą sobą też są jakąś nauką i jak się w końcu obudzę, podzielę się refleksją na temat umysłowości słuchacza, która narodziła się pod natchnieniem tego rozmemłania progresywnego.

wtorek, 13 maja 2014

Prosto ideologicznie

Oo, chyba kalendarz mi się rozregulował, bo znów tydzień kończę we wtorek...

No, może nie do końca kończę, bo ostatnio zawiesiłam praktykę tygodniowego łamania głowy płytami, których nie znam.

Nastąpił u mnie przesyt nowościami i odrzucałam wszystko, czego nie znałam. Czasami człowiek jednak potrzebuje jakiegoś ustatkowania, więc podsumowania płyty jako takiego nie będzie.

Mam jednak pewną refleksję, którą chciałabym utrwalić dla przyszłych cyberpokoleń. Narzekałam ostatnio, że nie ma w muzyce ideologii, z którą możnaby się utożsamiać, że wszystko podsiadło, że gdzie się podziały tamte prywatki, itd. Niemniej jednak naciągnowszy granice mojej filter bubble, trafiłam na przekaz tak mocny, tak szczery i porywający, że gdyby nie moje ogólne rozmemłanie to może w końcu stałabym się wyznawczynią czegoś bardziej poważnego od zestawu perkusyjnego, basu i gitary elektrycznej.
 


No co za moc! To jest kawałek-taran przebijający się przez tkankę politycznej rzeczywistości smutnego kraju, w którym są miejsca tak brudne i brzydkie, że pękają oczy.

Przesłuchałam więc płytę. Wymową ideologiczną się aż przesyciłam. Te kultowe piosenki może lecą w moim kierunku, bo to kop emocjonalny, ale trafiają tak... bardziej obok. Nie wiem, po prostu mottem mojego rodu nie jest "oni okradają ten kraj, a nam wciskają kit". Moje motto pewnie byłoby bardziej uniwersalne i zawierałoby wyrazy takie jak "egzystencja", "hermeneutyka" albo coś w tym stylu, żeby nikt nie zrozumiał.

W każdym razie o całej płycie nie będę się wypowiadać, bo nie dopełniłam audiofilskiego obowiązku, ale gdybym miała w tym tygodniu (a właściwie w zeszłym tygodniu) słuchać czegoś eksperymentalnie, to pewnie wybrałabym płytę singlową "Prosto", na której (podobno) znajduje się 10 wersji tego kawałka, każda w innej interpretacji. To dopiero ciekawostka...

Teledysk zrobił na mnie duże wrażenie. Prosty, bezpośredni i autentyczny. Po pierwsze: Kazik (l. 50), który ma w sobie więcej siły, niż niejeden Piotr, Krzysztof czy Marcin* razem wzięci. Tekst z resztą mówi sam za siebie: przekonanie i determinacja. Takich ludzi się podziwia.
Po drugie: tłum. No to było łatwo przewidzieć, bo nie jest tajemnicą, że czerpię przyjemność z oglądania publiczności na dużych koncertach. Tym bardziej gdy publiczność jest tak zaangażowana.

Ideologia więc jest, była i będzie. Tylko trzeba jeszcze znaleźć swoją.


*najpopularniejsze imiona męskie w pokoleniu połowę młodszym. 


Muzykografia:
"Prosto" Kult - utwór
"Prosto" Kultu - płyta z singlem, listopad 2013
"Prosto" Kult - płyta, maj 2013

wtorek, 6 maja 2014

Obco-wanie ze swoją muzyką

W tym zniekształconym przez patriotyczne orgie i inne szaleństwa tygodniu słuchałam muzyki japońskiej. Jako kogoś, kto mieszka w amerykańskiej muzyce rockowej, ale ma chęć zapuszczać uszy w nie swoje rejony, spodziewałam się szoku, mroku, dekonstrukcji i zetknięcia z Obcym. Udało się?

Tym razem moim kierunkowskazem był blog stworzony do tej roli: jeszcze tego nie słyszałeś. Wylosowałam sobie płytkę, rozentuzjazmowałam się i rozpoczęłam nasłuch. Numerek 7/52 to "Uroboros" Dir En Grey z 2008 r.




Ten Obcy
Punktem wyjścia rozkmin stał się dla mnie język, bo to on najbardziej przyciągnął moją uwagę. Być może to trochę z powodu odkrywania Ameryki, a właściwie Polski w puszcze przy okazji Rojka, a być może dlatego, że sama mam język i go lubię. W każdym razie chciałam, żeby to było coś innego, coś egzotycznego, a że panowie z Dir En Grey tworzą w języku OBCYM, stało się to wystarczającym powodem do uznania ich za przykład Obcego - tego, co tajemnicze, inne, znane tylko z legend i podań starych Indian...

...albo z anime. Bo tak się składa, że jedynym źródełkiem dostarczającym wyobrażenia na temat muzyki japońskiej mojemu egoistycznemu Swojemu, były te kolorowe, przerysowane bajeczki. Muzyka w nich była raczej mało przyswajalna, bo o czymś oni tam opowiadali, ale kto by to zrozumiał? Wokalista Dir En Grey śpiewa tak samo, jak do anime. Nie tylko tak, ale od tego skojarzenia nie dało się od tego uciec. Smutne jest jednak to, że na tym obcość się skończyła.

Swój ci on

Wokal w Dir En Grey to nie tylko animowe pioseneczki. Rozciąga się on przez trochę transujące wokalizowanie i  skrim do znanego nam chroboczącego ryku. Dir En Grey mają w sobie coś w obłędu SOADowego, w wydaniu mrocznym, takim z rodzaju pure evil. Mówiąc po swojskiemu - znów skojarzenie z trudną artykulacją obcego języka - trochę jak z trzewi Cthulhu. Mają trochę instrumentalnego mistycyzmu od mandoliny i pewnie biwy. Po tytule płyty można się spodziewać jakiejś mitologicznej otoczki, ale jest ona mało czytelna. Ja miałam skojarzenia raczej z domem wariatów klimatem z Death Note.

W gruncie rzeczy Dir En Grey gada w międzynarodowym języku rocka. Na "Uroborosie" muzyka jest znajoma, taka letnia-letnia-w-sam-raz z lekkim powiewem animowości. Na ucho rzuciło mi się trochę to:


Nęciło mnie to, co budowane piszczeniem i ryczeniem, ale... hmm... no nie podbili mojego serca. Dir En Grey spowodowali jednak, że powróciły do mnie moje zastanawianki rodem ze strefy rockendrola wolnej od angola. Wniosek mam taki, że rock to język międzynarodowy, więc prawdziwej Obcości należałoby szukać poza nim i nawet poza pobliskimi hiphopami i innymi popami.

Za to właśnie: dzięki.

P.S: Pozwoliłam sobie tak pocudować, bo rzetelnie i po ludzku o tej płycie jest na blogu-źródełku.

Muzykografia:
Dir En Grey "Uroboros", 2008.